Pięknie ośnieżony las

W poszukiwaniu zimy…

wpis w: Wyprawy, Zdjęcia | 0

Czasem tak mam, że kiedy przytłacza mnie natłok codziennych spraw to po prostu muszę pojechać w góry. W górach ilość potrzeb radykalnie redukuje się do minimum – iść, jeść, spać. Zimą dochodzi do tego jeszcze „nie zamarznąć”. W takich warunkach głowa, wolna od codziennej rutyny, zdecydowanie lepiej pracuje, łatwiej przemyśleć sobie pewne rzeczy, nabrać dystansu, spojrzeć na sprawy z innej perspektywy. Często w trakcie wędrówki przychodzi do mnie rozwiązanie jakiegoś problemu. Jeszcze częściej, o ile nie zawsze, wracam z wyprawy zmęczony fizycznie ale zregenerowany psychicznie, ja ten stan nazywam „zresetowany”.

Myślę, że idealny do zilustrowania powyższego jest ten utwór KSU:

 

Jakiś czas temu rozesłałem po znajomych informację o planowanym wypadzie, kilka osób było zainteresowanych ale ostatecznie pojechaliśmy we troje – ja, mój pies i Łukasz, z którym byłem niedawno na wyprawie w Norwegii.

W sobotni poranek, pierwszym pociągiem z Katowic jedziemy w stronę Beskidu żywieckiego. Planowaliśmy tego dnia dotrzeć czerwonym szlakiem ze Zwardonia przez Wielką Raczę i Przegibek do szałasu pasterskiego w okolicach Wielkiej Rycerzowej. W pociągu podejmujemy decyzję, że wysiądziemy w Rajczy Centrum i ruszymy do Rycerki Kolonii gdzie wejdziemy na żółty szlak, dzięki czemu zaoszczędzimy kilka kilometrów. Po wysiadce w Rajczy okazuje się, że najbliższy busik do Rycerki jedzie za ponad półtora godziny… Możemy iść pieszo ale to ponad 12km asfaltem… średnia przyjemność. Łapie za telefon, sprawdzam dostępne opcje i po 15 minutach jedziemy … taksówką. Tak! Jedziemy taksówką w góry! Po drodze taksówkarz ostrzega nas przed zostawianiem butów bez opieki w schronisku bo od jakiegoś czasu grasuje złodziej. Czytałem o tym jakiś czas temu na Beskidomaniakach. Na szczęście nas ten problem nie dotyczy bo nie śpimy w schroniskach 🙂 Po krótkiej chwili wysiadamy w Rycerce, płacimy w sumie niewiele więcej niż za busa i wchodzimy na szlak.

Początkowo na szlaku było niewiele śniegu, za to był lód. Praktycznie od razu założyliśmy raczki turystyczne, dzięki którym szliśmy pewnie i bez poślizgów. Na początku zastanawiałem się czy u góry zobaczymy prawdziwą zimę czy wszędzie będzie tak jak tutaj.

Szlak z Rycerki Kolonii na Wielką Raczę jest łatwy, warunki były dobre, droga minęła nam na rozmowach i podziwianiu przyrody. Im byliśmy wyżej tym więcej było śniegu. Mróz pięknie przyozdobił wszystkie liście, gałązki, pączki itp.

Po niecałych dwóch godzinach spokojnego marszu dotarliśmy do schroniska na Wielkiej Raczy. Weszliśmy do środka, przywitaliśmy się z moim kolegą Wojtkiem z „Outdoor z nutką survivalu”, który już od długiego czasu pracuje w tym schronisku i zamówiłem mój standardowy zestaw regeneracyjny – herbata z cytryną i „wiadro frytek” 🙂 W górach pozwalam sobie na frytki, cole czy inne ciastka i czekolady bo to dobre źródło energii, które i tak spalę w czasie marszu. Taka o fit-górska dieta 🙂

Upewniamy się, że na dalszy szlak rakiety nie będą nam potrzebne (można je tutaj wypożyczyć i oddać w jednym z kolejnych schronisk) i po krótkiej przerwie opuszczamy schronisko. Przed wyruszeniem w dalszą drogę wchodzimy jeszcze na wieżę widokową. Podziwiamy mglistą panoramę, robimy pamiątkowe zdjęcie i ruszamy dalej czerwonym szlakiem w stronę Przegibka.

Na wierzy widokowej
Ekipa wyprawowa w niepełnym składzie – Kuba i Łukasz. Mona czekała na dole.

Czerwony szlak z Wielkiej Raczy przez Przegibek na Wielką Rycerzową to jeden z moich ulubionych szlaków w Beskidzie żywieckim. Szedłem tędy już kilkanaście razy i znam ten rejon dosyć dobrze. Wędrówka mija nam przyjemnie, jest więcej śniegu, maksymalnie tak do kolana. Rakiety faktycznie nie były by potrzebna za to raczki robią robotę. Jeszcze przy świetle dziennym docieramy do schroniska na Przegibku. Tutaj znowu robimy krótką przerwę, którą umilam sobie filiżanką kawy i sernikiem. Przyjemnie siedzi się w ciepłym schronisku, nie spieszymy się, mamy dużo czasu i w sumie już nie daleko do dzisiejszego celu czyli szałasu blisko Rycerzowej.

Ze schroniska wychodzimy już z włączonymi czołówkami na głowach, pada śnieg przez co mamy ograniczoną widoczność. Trochę na pamięć a trochę po swoich śladach wracamy do skrzyżowania szlaków i ruszamy w stronę Rycerzowej. Wybieramy czerwony szlak gdyż niebieski o tej porze roku przeważnie jest nieprzetarty i bardzo oblodzony a to za sprawą kilku potoków, które rozlewają się i zamarzają na ścieżce. Czerwony szlak okazał się być przetarty, idziemy przy świetle czołówek pogrążeni w swoich myślach. Jest ciemno, zimno i klimatycznie. Jestem już trochę zmęczony wielogodzinną wędrówką. Zmęczona głowa płata figle, co chwilę słyszę jakieś odgłosy w zaroślach. Tuż przed schroniskiem odbijamy z czerwonego szlaku i omijając szczyt Wielkiej Rycerzowej idziemy dalej szlakiem narciarskim. Docieramy do skrzyżowania szlaków i w dole widzimy światła bacówki PTTK Rycerzowa. Wchodzimy do środka tylko na chwilę, pijemy herbatę i bierzemy wrzątek do termosów. Wychodzimy na zewnątrz i znowu we mgle idziemy do szałasu. Po krótkiej chwili jesteśmy na miejscu. Urządzamy swoje legowiska, karmię psa i kładziemy się spać. Zasypiam błyskawicznie. Po godzinie budzi mnie chrapanie Łukasza, na szczęście mam ze sobą stopery, które ratują życie w takich momentach 🙂 Zerkam na termometr, w szałasie jest -7°C, kładę się i zasypiam.

Budzi mnie rześki poranek, dawno się tak nie wyspałem jak dzisiaj. Pakujemy graty i idziemy do schroniska na śniadanie. Jest około 7:00 rano, jesteśmy pierwsi w jadalni. Kawa, owsianka mocy, termos herbaty na drogę, pamiątkowa fotka i ruszamy dalej. Rozważaliśmy pójście niebieskim szlakiem na Krawców Wierch ale po podpytaniu bacówkowej załogi rezygnujemy – szlak jest nie przetarty a do przejścia było by około 20km.

Wybieramy żółty szlak do Soblówki. Jest dobra pogoda, prószy śnieg, przez chmury przebija się słońce, idzie się bardzo przyjemnie. Według mapy do wioski mamy godzinę i dwadzieścia minut drogi. Mówię do Łukasza, że to jest łatwy szlak i szybko go śmigniemy. Zawsze ale to zawsze kiedy tak powiem po drodze spotyka mnie jakaś niespodziewana przygoda 🙂 Tym razem nie mogło być inaczej.

Mniej więcej po 40 minutach marszu pojawiły się utrudnienia na szlaku. Dziesiątki powalonych drzew i do tego lód na szlaku. Od schroniska szliśmy bez raczków no bo po co nam one na takim łatwym szlaku? 🙂

Przeprawa pod, nad, obok powalonych drzew, uważając przy okazji, żeby sobie nie zrobić krzywdy, skutecznie nas spowalnia. Po ponad dwóch godzinach docieramy do Soblówki.

Pod sklepem robimy krótką przerwę, kupujemy jakieś smakołyki na drogę. Zadowolony pies wcina kiełbasę a ja podpytuję lokalnych gentlemanów o żółty szlak stąd na Krawców Wierch. Ledwo zrozumiałą Polszczyzną Pan klaruje mi, że nie przejdziemy bo „przeje…” bardziej niż na zaliczonym przed chwilą szlaku.

Szybki rzut oka na mapę i już mamy plan B. Idziemy asfaltem do Ujsoł i tam wchodzimy na czarny szlak w stronę Zapolanki. Wspinamy się szlakiem, po chwili trafiamy na kolejne powalone drzewa ale jest ich tutaj na szczęście niewiele. Śniegu mało za to szlak jest elegancko oblodzony. Zaliczam piękną glebę z półobrotu, zakładamy raczki i lecimy dalej. Mijamy Zapolanke – malowniczo położoną osadę.

Kiedy wychodzimy na wysokość Hali Redykalnej horyzont pięknie się zaróżowił. Od tego miejsca idziemy mocniej ośnieżonym szlakiem. Robi się coraz zimniej, z plecaka wyciągam cieplejsze rękawice, czuję jak w trakcie postoju marzną mi palce u nóg.

Na chwilę zza chmur wyłoniło się Pilsko, którego biały szczyt pięknie kontrastował z granatowym niebem. Zmrok zapadał coraz szybciej. Do Hali Lipowskiej docieramy już przy świetle czołówek. Po kolejnym kilometrze jesteśmy u celu – przy schronisku PTTK Rysianka – moim ulubionym schronisku Beskidu żywieckiego. Wchodzimy do środka na dłuższą przerwę. Zamawiam herbatę i dwa ziemniaczane placki giganty – każdy wielkości talerza. W schronisku było tak ciepło i przyjemnie, miałem pełny brzuch a termometr za oknem pokazywał -8°C… na samą myśl o tym, że mam zaraz iść spać na zewnątrz dostawałem dreszczy 🙂 Łukasz skoczył skorzystać z prysznica a ja poznałem się z Andrzejem, który był w trakcie drugiego dnia marszu przez Główny Szlak Beskidzki. Porozmawialiśmy chwilę o trasie, którą ja przeszedłem do połowy ale w przeciwnym kierunku tyle, że latem. Wrócił Łukasz, poznaliśmy się jeszcze z Agnieszką ze schroniskowej ekipy, która tak jak my lubi Skandynawię. No ale cóż począć, robi się coraz później, pakujemy graty i ruszamy w stronę zrujnowanej przyczepy stojącej kilkadziesiąt metrów poniżej schroniska. Przyczepa ta to mój stały punkt noclegowy w tej okolicy. Na miejscu okazało się, że musimy sobie trochę posprzątać bo w środku było sporo śmieci i pozostałości ogniska… Przygotowujemy legowiska i po krótkiej chwili leżymy w śpiworach. Tej nocy od razu zainstalowałem sobie stopery w uszach. Przebudziłem się około 4:00, zerknąłem na termometr pokazujący dziesięć kresek poniżej zera i zasnąłem ponownie.

Lubię te rześkie poranki kiedy trzeba się zmusić do wyjścia z ciepłego śpiwora… Bez pośpiechu zwijamy sprzęty i wracamy do schroniska na śniadanie. Jest taka mgła, że z odległości kilkudziesięciu metrów nie widać schroniska. W jadalni oprócz nas jest jeszcze poznana wczoraj Agnieszka i para – chłopak z dziewczyną o orientalnej urodzie. Od razu podłapujemy jakieś wspólne tematy, rozmawiamy po angielsku coś tam o górach, o hamakowaniu zimą, o miejscówkach do spania w Beskidzie. W takiej miłej atmosferze pochłaniamy śniadanie, napełniamy termosy i ruszamy w dalszą drogę.

Jest chłodno i mgliście. Idziemy z powrotem przez Lipowską do skrzyżowania szlaków ale tym razem wybieramy ten znakowany na zielono czyli w stronę Hali Boraczej. W tym miejscu las jest pięknie ośnieżony, zamglony, tajemniczy i magiczny.

Idzie się nam bardzo przyjemnie i nawet dosyć szybko. Momentami widoczność ograniczona jest do kilkunastu metrów. Szybki łyk ciepłej herbaty i lecimy dalej.

Wychodzimy z lasu, trawersujemy zbocze. Po chwili w oddali zza mgły wyłania się Hala Boracza, widać schronisko a za nim ginący w chmurze szczyt Prusów.

Idąc dalej widzimy jak na chwilę, na tle niebieskiego nieba, zza chmur wyłania się Romanka i Rysianka.

Po drodze mijamy popadający w ruinę szałas, w którym już kilka razy nocowałem. Po kilkunastu minutach siedzimy w schronisku. Pytam gospodynię „są jagodzianki?”, w odpowiedzi słyszę „są”. Te słynne jagodzianki to mój obowiązkowy punkt programu, zawsze jak jestem w okolicy to przychodzę tutaj z tego powodu. Zjadam dwie, popijam herbatą i ruszamy zielonym szlakiem w stronę dworca PKP w Milówce. Tuż za schroniskiem kolejna niespodzianka, szlak całkowicie oblodzony, na szczęście raczki mieliśmy na nogach. Szybko docieramy do dna doliny i wchodzimy na asfalt, który także jest oblodzony. Lód skończył się dopiero przy pierwszych zabudowaniach gdzie było widać, że droga jest utrzymywana. Po kilku kilometrach dotarliśmy w końcu do Milówki. Do pociągu mieliśmy jeszcze trochę czasu, który postanowiliśmy spędzić w cukierni popijając kawę.

Tak oto minął nam bardzo regeneracyjno-przygodowy weekend. Uwielbiam takie spędzone w dobrym towarzystwie aktywne dni. Przeszliśmy 55km, poznaliśmy ciekawych ludzi, znaleźliśmy zimę a ja dodatkowo to czego w górach szukałem – ciszę i spokój. Wróciłem do domu zresetowany, gotowy na wyzwania kolejnego miesiąca.

No i teraz znowu odliczam dni do następnego wypadu. A gdzie tym razem? Odpowiem znowu piosenką 🙂

 

Skomentuj

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.