Szlak Orlich Gniazd - Zamek Bobolice

Szlak Orlich Gniazd na lekko

wpis w: Light&Fast, Wyprawy, Zdjęcia | 2

Przebiegający przez obszar Jury Krakowsko-Częstochowskiej „Szlak Orlich Gniazd” o długości 166km to świetny pomysł na spędzenie kilku aktywnych dni. Poszczególne jego fragmenty miałem już okazję zaliczyć wcześniej pieszo i na rowerze. Tym razem, mając do dyspozycji cztery dni, postanowiłem go przejść w całości, dodatkowo ograniczając dźwigany ekwipunek do minimum.

Trasa: Częstochowa – Kraków, Krowodrza Górka | mapa-turystyczna.pl

Co to właściwie jest light&fast?

W sierpniu 2017 roku razem z moim kumplem Kajetanem zaliczyliśmy, pierwszy w naszej turystycznej karierze, wypad w stylu light&fast. Tym razem również mieliśmy się wybrać razem. Ale co to właściwie znaczy light&fast? Dla nas jest to pokonywanie dużo dłuższych niż do tej pory dziennych dystansów z plecakiem nie przekraczającym 7kg przy jednoczesnym zapewnieniu sobie niezależności w postaci posiadanego ekwipunku do nocowania w terenie i wyżywienia. Dzięki takiemu podejściu możemy bez większego problemu maszerować ponad 40km dziennie, co jak razem zauważyliśmy daje nam sporo satysfakcji.

Kilkukrotnie zarzucano mi, że idąc szybko i długo nie da się poznać i podziwiać mijanych krajobrazów. Ja się z tym nie zgadzam. Moim zdaniem jest wręcz przeciwnie. Wstaję o świcie, pakuję ekwipunek, jem śniadanie i ruszam w trasę. Po drodze mam czas na podziwianie widoków, chłonięcie przyrody, czytanie tablic informacyjnych przy zabytkach/miejscach historycznych wydarzeń czy też na rozmowy ze spotkanymi ludźmi. Mam też dosyć czasu żeby zrobić dłuższą przerwę regeneracyjną w połowie dnia. Obóz rozbijam i kładę się spać po zmroku. Light&fast to dla mnie miła odmiana po wielu latach wędrowania z plecakiem 15-25kg 🙂 Pomyślałem, że Szlak Orlich Gniazd to idealna okazja do przetestowania jeszcze bardziej odchudzonego ekwipunku.

Z trochę innej perspektywy

Zawsze lubię przeczytać czy posłuchać jak wyglądała wspólnie przeżyta przygoda z perspektywy innych jej uczestników. Zanim przejdę do mojej relacji z przejścia Szlaku Orlich Gniazd chciałem was zaprosić do przeczytania kilku zdań napisanych przez Kajetana, którego możecie zobaczyć na poniższym zdjęciu 🙂

Przejazd ekstremalny - coś dla nas :-)
Przejazd ekstremalny – coś dla nas 🙂

Zastanawiałem się ostatnio, czy można jakoś zidentyfikować, kiedy trafia się szansa na nietypową przygodę.

Co sprawia, że niektóre wydarzenia zapamiętuje się na długo, czy potrzeba do tego precyzyjnie wytypowanych warunków w wielkim równaniu, które każdego dnia po trochu rozwiązujemy?

Może też te wszystkie chwile są wynikiem całkowitego przypadku i właśnie nieświadomość ich zaistnienia, zaskoczenie które im towarzyszy jest tym, co najbardziej urzeka?

Zaczęło się od propozycji ogniska, gdzieś w lesie, w okolicach Bukowna. W całym swoim lenistwie, staram się wykorzystywać każdą motywację, żeby wyrwać się na chwilę z domu, więc pomysł stał się planem.

W międzyczasie napisał do mnie Kuba z pytaniem czy nie chciałbym do niego dołączyć na szlaku. Niemal idealnie dystans z Częstochowy do Olkusza wpasowywał się w moje plany na ognisko.

Szansa trochę odpocząć przy ogniu, a do tego machnąć kolejny szybszy marsz brzmiały kusząco.

Po chwili wahania postanowiłem upewnić się czy w pracy mogę wziąć dwa dni urlopu ‚na pojutrze’. Jest ostatnio sporo do roboty, więc szkoda było się napalać przed zbadaniem potencjalnych przeszkód.

Jest urlop! A więc postanowione. Codziennie idąc do pracy zastanawiałem się, jak to zrobić, żeby zapakować zimowy śpiwór, zabrać wysokie buty i jednocześnie dać radę na tym odcinku do Olkusza.

W momencie propozycji obaj nastawialiśmy się jeszcze na wiosenny wypad, jak się okazało, trafiliśmy jak najbardziej na wiosnę, aczkolwiek w jednej z bardziej mroźnych jej odsłon.

Ostatecznie Kuba miał już wybrany ekwipunek i dogadaliśmy się, że w razie potrzeby po prostu wrócimy do pomysłu pakowania się, trzęsąc się z zimna w środku nocy.

Kilka razy się sprawdzało, jest nieprzyjemnie tylko przez kilkanaście minut. Po wyjściu ze śpiwora nie ma aż tak wielkiej różnicy, spakować człowiek chce się jak najszybciej, a ruch prędzej czy później rozgrzeje największego zmarzlaka.

Biorąc pod uwagę czas, który na to wyjście przewidzieliśmy, okazało się, że mam sporo mniej rzeczy niż latem na GSB, gdzie kilka dodatkowych par skarpet, koszulka na zmianę i zasobniejsza apteczka zajmowały zauważalną część z dostępnych dwudziestu litrów. Inna sprawa to kurtka puchowa, która z awaryjnego miejsca w połowie głębokości plecaka zawędrowała najgłębiej pod klapę.

Każdy postój dłuższy niż szybkie siknięcie powodował nadmierne ochłodzenie reaktora, więc nawet z puchem, po przerwie na śniadanie, marsz zaczynaliśmy w kurtkach żeby ustabilizować systemy. Szkoda marznąć bez potrzeby.

Trochę mniej wziąłem też wody, zamiast dwóch litrów, na plecach trzymałem przez większość drogi tylko litr, jako że sklepy były naprawdę często. Takiej dobrze zmrożonej zresztą nie lubię pić więcej niż trzeba. Kolor moczu pod kontrolą.

W kwestii ekwipunku popełniłem prawdopodobnie najbardziej banalny błąd jaki tylko mogłem. Kilka dni przed wyjazdem zauważyłem, że moje Asicsy się dość mocno wyeksploatowały na piętach i zaczęły delikatnie obcierać w drodze do pracy. Na takim krótkim odcinku to nie miało większego znaczenia, ale biorąc pod uwagę dystanse, jakie mieliśmy trzaskać, nie mogłem sobie na to pozwolić. Odkładałem ten zakup, mając ciągle coś ważniejszego na głowie, a kiedy ostatecznie w wieczór przed wyjazdem wybrałem się po nową parę, okazało się że takich już nie ma i ze wszystkich, które przymierzałem wybrałem parę Karrimorów. Na drodze do domu nie było z nimi specjalnych problemów. Trochę cięższe od Asicsów, ale byłem w stanie to przeżyć. Po 20 kilometrach szlaku okazały się, że zdecydowanie nie są wygodne i na całe szczęście autobusy do Częstochowy z Olsztyna jeździły na tyle często, że mogliśmy podjechać po coś innego.

Tym razem się poszczęściło i w nowych butach byłem już w stanie dreptać dużo sprawniej. Od Karrimorów jeszcze mnie boli ścięgno achillesa przy prawej stopie, a gdybym miał zrobić w nich jeszcze kilka kilometrów, pewnie łatwiej by mi było od razu zainwestować w wózek, albo biomechaniczne protezy.

Poza tym nie użyłem ani razu kurtki przeciwdeszczowej, ani pokrowca na plecak, ale o tej porze roku nigdy nie wiadomo, a jedną z ostatnich rzeczy, o których wieczorami marzyłem, było wchodzenie w mokrych ubraniach do mokrego śpiwora. Z wilgotnym puchem mógłbym równie dobrze ubierać się do snu w worki na śmieci, albo kartony i ogrzewać śniegiem, przegryzając od czasu do czasu sople dla rozrywki.

O samej trasie nie będę się zbytnio rozwodził. Uroki zamków, lasów i skał które widzieliśmy ciężko przełożyć na słowa, nie zabierając się za pisanie książki. Na zdjęciach wyglądają całkiem ładnie, ale nie widziałem jeszcze takiego, które odwzorowywało by całe ich piękno. Każde z tych miejsc ma za sobą długą historię. Lasy były miejscami krwawych bitew. Miejsca, w których zbudowane są twierdze, jak i one same budzą podziw do potęgi, której kiedyś broniły.

Do tego jaskinie zamieszkiwane już kilkadziesiąt tysięcy lat temu skłaniają do przemyśleń, jak bardzo krótko tu jesteśmy i jak wiele się zmieniło przez ten krótki okres czasu. Tablice przy Grodzie Birów informowały o pierwszych odkryciach sprzed 30 000 lat, a to tylko mniej więcej 0.0006% z życia naszej Ziemi.

Przygotowania do wyprawy

Jak to zwykle u mnie bywa plan na te cztery dni zmieniałem kilkukrotnie… Najpierw miałem przejść Mały Szlak Beskidzki, potem okazało się, że mam mniej wolnego niż planowałem to umówiłem się na Główny Szlak Świętokrzyski. Przez myśl przeszło mi też żeby pojechać rowerem z domu nad morze i wrócić pociągiem. Ostatecznie okazało się, że mam jednak cztery wolne dni. Szybki rzut oka na mapę, prognozy pogody, przeanalizowanie ekwipunku i decyzja zapadła. Szlak Orlich Gniazd w wersji na lekko. Tak jak wyżej pisał Kajetan skontaktowałem się z nim i zaproponowałem wspólną wędrówkę. Dwa dni później potwierdził swój udział, sprawdziliśmy pociąg i ustaliliśmy godzinę wyjazdu.

Z pomocą strony Lighterpack przygotowałem listę ekwipunku. Udało mi się zredukować wagę plecaka do około 4,5kg co jak dla mnie jest rewelacyjnym wynikiem. Tym razem zrezygnowałem z zabrania palnika, gazu i kubka co zredukowało wagę plecaka ale trochę mi brakowało ciepłego napoju w mroźne poranki.

Dzień 1 – Początek nowej przygody

Kilka minut po 4:00 rano wsiadam w Zabrzu do pociągu Kolei Śląskich relacji Gliwice-Częstochowa. Szybko odnajduję Kajetana na początku składu, kupuję u konduktora bilet i po chwili rozmowy z kumplem oboje zasypiamy. Budzę się jakoś w okolicach Korwinowa czyli kilka stacji przed Częstochową. Termometr na docelowej stacji pokazuje -4°C – świetnie! Zwłaszcza, że mamy bardziej wiosenny niż zimowy ekwipunek 🙂 W pobliskim sklepie kupujemy wodę na drogę i ruszamy na Stary Rynek gdzie stoi tablica informująca o początku szlaku.

Żwawym krokiem ruszamy za czerwonym oznakowaniem szlaku. Idziemy szybko dzięki czemu rozgrzewamy się prawie natychmiast. Początek szlaku jest męczący bo prowadzi przez około 10 kilometrów chodnikami i asfaltem. Od razu na początku naszej wędrówki coś gdzieś pomieszaliśmy i znaleźliśmy się na, znakowanym również na czerwono, Szlaku Jury Wieluńskiej (brzmi jak plan na weekend? :)) Szybka korekta trasy, kilka gratisowych kilometrów i jesteśmy z powrotem na właściwym szlaku.

Po około 20 kilometrach jesteśmy na rynku w Olsztynie. Kajetan ma zmasakrowane przez nowe buty stopy. Na szczęście z Olsztyna do Częstochowy dosyć często jeździ autobus tak więc po chwili jedziemy po nowe buty 🙂 Przez tę wymuszoną wycieczkę tracimy 3 godziny. Nie zrażeni tym zbytnio kontynuujemy wędrówkę.

Przechodzimy przez zamek w Olsztynie i kawałek za nim, na skraju lasu, robimy przerwę śniadaniową. Zmarznięte bułki popijane zimną wodą smakują wybornie. Łapiemy ciepłe promienie wiosennego słońca. Po krótkiej przerwie ruszamy dalej szlakiem. Przez piękne lasy docieramy do Zrębic a potem dalej w stronę Złotego Potoku. Do wsi wchodzimy aleją starych drzew. Robimy dłuższą przerwę w lokalnej pizzerii „Źródlana”, którą szczerze polecam. Zamawiamy herbatę z cytryną, pizzę i frytki – taki o zestaw regeneracyjny 🙂 Najedzony i ogrzany rozkładam się na wygodnej kanapie, po chwili zasypiam. Krótka drzemka dodała mi energii. Trochę niechętnie wychodzimy z ciepłego lokalu, na zewnątrz jest już ciemno.

W nogach mamy już 40 kilometrów, ruszamy w stronę pobliskiej jaskini Niedźwiedziej w nadziei, że uda nam się tam spędzić noc. Jaskinia jest jednak mocno otwarta, przewiewna i nie jest tam ani trochę cieplej niż na zewnątrz. Sprawdzam mapę i widzę kilka kilometrów dalej kolejną jaskinię w okolicach zamku Ostrężnik, którą postanawiamy sprawdzić. Idziemy dalej szlakiem, jest ciemno, szlak oświetla nam księżyc, jest bardzo klimatycznie. Szkoda tylko, że w ciemnościach mijamy „Diabelskie Mosty”. Trudno, kiedyś będzie trzeba tutaj wrócić. W końcu docieramy do wspomnianej jaskini. Ma ona kilka otworów wejściowych, jeden z nich zakończony jest małą komorą – idealną dla nas dwóch. Rozkładamy sprzęt noclegowy. świetnie sprawdza się moja ultralekka podłoga pod materac przygotowana specjalnie na ten wypad. Dzień kończymy z 44 kilometrami na liczniku. Przebieram się w ciuchy do spania, zakładam ciepłe i suche skarpety, wskakuję do śpiwora i po chwili odpływam.

Dzień 2 – W stronę Ogrodzieńca

Dawno się tak nie wyspałem, w jaskini było ciepło i cicho. Około 6:00 rano niechętnie opuszczamy śpiwory i pakujemy plecaki. Na zewnątrz jest mróz, śnieg chrzęści pod butami, idzie się przyjemnie. Po kilku kilometrach marszu przez las docieramy do wsi Trzebniów.

To co bardzo lubię w moich podróżach to kontakt z ludźmi. Lubię poznawać innych podróżników jak i lokalnych mieszkańców. Często rozmawiam z napotkanymi mieszkańcami wsi, sklepikarzami i dżentelmenami spod sklepów. Można się od nich sporo dowiedzieć o okolicy, zabytkach czy warunkach na szlaku. Idąc drogą przez wieś z naprzeciwka szła jakaś starsza Pani. Zapytałem ją czy w tej wsi jest jakiś sklep spożywczy. Powiedziała nam, że kawałek dalej przy szlaku jest czynny sklep. Zamieniliśmy z nią jeszcze kilka zdań, pytała skąd i dokąd idziemy a na koniec życzyła nam bezpiecznej wędrówki.

We wspomnianym sklepie kupujemy coś na śniadanie i napoje na dalszą drogę. Jestem trochę zmarznięty więc pytam panią za ladą czy tutaj można się napić ciepłej herbaty? Pytam ile płacę za dwie herbaty? Pani z uśmiechem na twarzy mówi, że nic. Ciekawe czy w jakimś sklepie w większym mieście moglibyśmy liczyć na taki miły gest? Rozgrzani herbatą i z pełnymi brzuchami ruszamy dalej.

Po około 8 kilometrach, polnymi drogami i lasami docieramy do Mirowa. Stoją tutaj ruiny pięknego zamku. Robimy krótką przerwę na łyka wody, w miedzy czasie zaczyna lekko prószyć śnieg. Idziemy szlakiem z zamku w Mirowie do kolejnego zamku – Bobolice. Ścieżka na tym odcinku jest na przemian pokryta lodem i błotem. Idziemy ostrożnie stawiając nogi, jest bardzo ślisko. Szlak w tym miejscu jest poprowadzony grzbietem wzniesienia, skąd roztacza się piękny widok na okoliczne lasy i skałki. Po chwili marszu na horyzoncie widzimy zamek Bobolice.

Pora roku, którą wybraliśmy ma tę zaletę, że szlak jest całkowicie pusty. Do tej pory nie spotkaliśmy na nim nikogo. Po chwili jesteśmy pod zamkiem Bobolice, robię kilka zdjęć i ruszamy dalej. I znowu przez pola, lasy i wieś Zdów docieramy do Wzgórza Kołoczek i rezerwatu Gór Zborów. Jest tutaj bardzo dużo różnych skałek i jaskini. Pod jedną ze skał zostawiamy plecaki i wspinamy się na górę. Podziwiamy roztaczającą się panoramę i chwilę odpoczywamy. Na większości tych skał widzimy założone punkty do wpinania ekspresów. Myślę sobie, że jak w końcu opanuję lęk wysokości, to fajnie by było się po takich skałkach powspinać 🙂

Przecinamy drogę numer 792 z miejscowości Żarki do Kroczyc i znowu wchodzimy w las. Po drodze mocno już odczuwamy zmęczenie nóg, szczególnie bolą mnie stopy bo dzisiaj prawie cały dzień idę w przemoczonych butach. Moje biegowe asicsy są super wygodne na długim dystansie ale niestety w ogóle nie chronią przed topniejącym śniegiem i błotem. Co możemy zrobić, żeby przestać myśleć o bolących stopach i dotrzeć w okolice planowanego na dzisiaj noclegu? Przyśpieszamy! Tak! Teraz nogi bolą tylko co drugi krok 🙂

W między czasie piszę do mojego kumpla Emila z czarnadziura.net, taternika jaskiniowego, specjalisty od „dziur” 🙂 czy zna w okolicach Podzamcza jakąś jaskinię, w której byśmy mogli tego dnia przenocować. Po chwili mam już namiary więc mijając ruiny zamku Morsko, wieś Piaseczno i ciekawą skałę Okiennik Wielki, docieramy do Grodu Birów.

W ostatnich promieniach zachodzącego słońca szukamy jaskini. Znajdujemy kilka mniejszy i większych ale żadna, naszym zdaniem, nie nadaje się na nocleg. W końcu znajdujemy tę, o której napisał mi Emil. Otwór wejściowy jest kilka metrów nad ziemią, przy świetle czołówek wspinamy się po skale, tradycyjnie mam pełne gacie 🙂 Wciskamy się do środka jaskini, jest cieplej niż na zewnątrz i miejsca jest dosyć ale… jakoś tu klaustrofobicznie, śmierdzi, potłuczone szkło a na suficie pełno pająków… stwierdzamy zgodnie, że to nie jest dobre miejsce na dziś 🙂 I znowu po ciemku schodzimy po skałach i po chwili jesteśmy przy jakiejś drewnianej wiacie, która pewnie w sezonie oferuje wszelkie niezbędne akcesoria rycerskie 🙂 Tego dnia przeszliśmy 42 kilometry tak więc bez ociągania się jemy szybką kolacja, rozkładamy legowiska, nakrywamy się tarpem, (bardziej żeby nas nie było widać niż żeby nas ogrzał) i zapadamy w sen. W nocy budzę się z zimna, zakładam kamizelkę puchową, odpalam decathlonowy ogrzewacz, który ląduje pod bluzą i bez kolejnych pobudek przesypiam do rana.

Dzień 3 – Jak Fenix z popiołów

W pewnym momencie przestajemy udawać, że komukolwiek jest komfortowo w śpiworze i z trudem się z nich wygrzebujemy. Pożyczam od Kajetana buty, które zmasakrowały mu stopy w pierwszy dzień, tak żeby choć przez chwilę mieć suche i ciepłe stopy. Pakujemy plecaki i ruszamy w stronę Podzamcza. Przeszedłem w jego butach może z 1,5km… masakra, całe stopy i nogi mnie bolą. Z przyjemnością zrzucam te buty i zakładam moje, przemoczone i zimne ale jakie wygodne! W Podzamczu uzupełniamy żywność na drogę i idziemy pod jeden z moich ulubionych zamków na Szlaku Orlich Gniazd – zamek Ogrodzieniec.

Obchodzimy zamek, ostrożnie przechodzimy po oblodzonym szlaku przez okoliczne skałki i idziemy w kierunku Pilicy. Dzisiaj temperatura rośnie, jest na plusie. Szlak prowadzi przez błotniste pola, trochę się ślizgamy i jeszcze bardziej przemaczam buty. Droga prowadzi ciekawym wąwozem i po chwili marszu jesteśmy na tyłach zamku w Pilicy.

Robimy tutaj 10 minut przerwy, ściągam buty i daję trochę pooddychać rozmoczonym stopom. Do rynku w Pilicy już bardzo blisko, ten dystans pokonuję w nadziei, że znajdziemy tam jakąś kawiarnię gdzie napijemy się ciepłej herbaty.

Po chwili poszukiwań znajdujemy na rynku w Pilicy czynną piekarnię. Wchodzimy do środka, jest herbata! Zamawiam filiżankę tego ciepłego napoju i dwie drożdżówki. Jem i piję powoli, ciesząc się ciepłym wnętrzem lokalu. Po krótkiej przerwie zakładamy plecaki i wychodzimy na rynek. Idziemy chodnikiem za czerwonymi znakami Szlaku Orlich Gniazd, mijamy Zalew Pilica i po chwili wchodzimy w las. Świeci słońce, jest ciepło, ścieżka zamienia się w błotną ślizgawkę a ja czuję jak powoli opuszczają mnie siły.

Robimy krótką przerwę i przebieramy się w lżejsze ubrania. Szlak za Pilicą pokryty jest błotem i topniejącym śniegiem, w butach mam bagno. Mijamy zamek Smoleń i wchodzimy na szlak przez lasy i pola w okolicach wsi Bydlin. W lesie widać miejsca po ziemiankach i okopach, trafiamy na tablicę informującą o tym, że w tych okolicach wytyczono ścieżkę w ramach „Szlaku Frontu Wschodniego I Wojny Światowej”. Jest tutaj sporo historycznych miejsc związanych z wydarzeniami I Wojny Światowej.

Jakieś dwa kilometry przed Bydlinem robimy przerwę w lesie. Siadamy w słońcu na rozłożonej macie. Ściągam przemoczone buty, skarpety schodzą razem ze skórą z pięt, z pęcherza sika mała fontanna, na podeszwach stóp mam duże, czerwone odciski, palce spuchnięte jak serdelki. Super. Dopada mnie zmęczenie, stopy bardzo bolą, daję im chwilę odpocząć w między czasie przygotowując sobie bułki. Świadomość tego, że za 2 kilometry w Bydlinie na Kajetana będzie czekał nasz kumpel Dominik (chłopacy byli umówieni na biwak i tutaj miała się skończyć nasza wspólna wędrówka), że mogę tam wsiąść do auta, skończyć się męczyć, dać stopom odpocząć i noc spędzić przy ognisku sprawiła, że zacząłem rozważać zakończenie marszu… Zacząłem myśleć o tym, że kupię sobie coś dobrego na kolację, najem się, odpocznę przy ognisku i zregeneruję siły.

Z tego miejsca do końca szlaku zostało mi ponad 70 kilometrów i gdybym dzisiaj zrezygnował to miał bym na przejście tego odcinka tylko jeden dzień. Wiedziałem, że to nie możliwe. Wiedziałem, że jeśli teraz zrezygnuję to nie ukończę szlaku w zakładanym czasie. Niby mógłbym tu wrócić kiedyś i go dokończyć ale nie taki był mój plan. Byłem zbyt blisko celu, żeby teraz się poddać. Stopy poobklejałem plastrem, założyłem skarpety, buty mocniej zasznurowałem. Dwie zjedzone bułki już zaczęły mi dodawać trochę energii. Wyciągnąłem z plecaka słuchawki, podłączyłem do telefonu i odpaliłem ostatni album „KęKę – To Tu”. Pierwszy leci utwór „Rutyna”. Na rękach wyszła mi gęsia skóra, po plecak przeleciał dreszcz, wyłączyłem myślenie i ruszyłem przed siebie. W głowie liczyłem „raz, dwa, trzy, cztery, raz, dwa, trzy, cztery” i tak w kółko, wpadłem w rytm.

 

Po chwili byliśmy już w Bydlinie. Na głównej drodze we wsi złapaliśmy się z Dominikiem, który poratował mnie rolką plastra, opatrunkami i suchymi skarpetami. Zanim chłopacy pojechali, umówiliśmy się, że spróbuję do nich wieczorem dotrzeć na biwak.

Usiadłem sobie na przystanku autobusowym, założyłem nowe opatrunki na stopy i zmieniłem skarpety na suche. Nie wiem jak to możliwe ale ta prosta czynność w połączeniu z muzyką na uszach sprawiły, że zapomniałem o bólu i zmęczeniu. Poczułem się jak by mi ktoś wymienił baterie na te spod znaku nakręconego królika. Od tego miejsca szedłem już sam, skupiłem się na rytmie marszu i muzyce. Jak Fenix z popiołów powstałem i ruszyłem dalej żeby osiągnąć założony cel. Szedłem szybciej niż do tej pory i nawet nie wiem kiedy minąłem Golczowice, Jaroszowiec i Bogucin Mały. W pewnym momencie po prostu wyszedłem pod zamkiem Rabsztyn. Szybki rzut oka na mapę uzmysłowił mi, że od miejsca gdzie rozeszliśmy się z Kajetanem, przeszedłem 20kilometrów w niecałe 4 godziny 🙂 W tym miejscu po 40 kilometrach marszu kończę dzisiejszy odcinek Szlaku Orlich Gniazd. Jestem zmęczony ale zadowolony, że się nie poddałem w trudnej chwili.

W Rabsztynie stoję na przystanku autobusowym i próbuję złapać autostopa do Olkusza. Moja broda sprawia, że jest mi cieplej w twarz ale na pewno nie ułatwia złapania transportu 🙂 Przez pół godziny zatrzymuje się tylko jeden samochód i to w dodatku jadący w przeciwnym kierunku… do Kielc… W końcu po dłuższym oczekiwaniu podjeżdża autobus, którym dostaję się do Olkusza skąd mam bardzo blisko do umówionego miejsca. Po ciemku docieram na umówione miejsce, chłopacy są już rozbici i siedzą przy ognisku. Z tarpa zrobiłem sobie „piramidę” w nadziei, że w takiej konstrukcji będzie mi choć trochę cieplej niż wczoraj. Nie pomogło… to była najzimniejsza noc tego wypadu, nie pomogła nawet kamizelka i ogrzewacz chemiczny. Dodatkowo zamknięta konstrukcja schronienia sprawiła, że w nocy para z oddechu skraplała się na suficie i kapała mi na twarz. Tak o przygoda!

Dzień 4 – Najdłuższy dzień…

Wstajemy wcześnie i bez śniadania zwijamy obóz. Chłopacy wracają razem autem na Śląsk, po drodze jednak podrzucą mnie do Rabsztyna, tam gdzie wczoraj skończyłem wędrówkę. O tak wczesnej porze w niedzielę wszystkie sklepy są jeszcze nieczynne. Na stacji benzynowej kupuję 2 litry płynów na drogę i jakieś przekąski. Wysiadam w Rabsztynie, żegnamy się i ruszam na szlak w promieniach porannego słońca.

Wesoła kompania - Kajetan, Dominik i ja
Wesoła kompania – Kajetan, Dominik i ja

Jestem prawdziwym szczęściarzem, bo zdecydowaną większość ludzi z mojej podróżniczej ekipy, śmiało mogę nazwać przyjaciółmi 🙂

Idę przez piękne lasy na wschód od Olkusza. Jest ciepło, idzie się bardzo przyjemnie, buty schną na stopach a na uszach bez przerwy KęKę 🙂 Kilometry mijają szybko a szlak wydaje się mniej błotnisty niż wczoraj. Pogoda jest bardzo wiosenna. Po jakichś 10 kilometrach robię sobie krótką przerwę na śniadanie. Bułka i tabliczka czekolady popite colą dają dużo energii na kolejne kilometry 🙂 Leżę sobie w słońcu i czuję jak powoli zaczynam odpływać… nie mam na to teraz czasu… wstaję i ruszam dalej.

Droga od tego miejsca aż do Sułoszowej prowadzi przez malownicze pola. Jest trochę asfaltu, trochę drogi gruntowej i całkiem sporo błota. Gdzieś po drodze trafiam na oznaczenie szlaku Camino de Santiago (Droga św. Jakuba), który jest znakowany symbolem muszli i żółtymi strzałkami. Prowadzi on przez prawie wszystkie kraje europy i liczy niecałe 4000 kilometrów. Brzmi jak plan na kiedyś? 🙂

Po kolejnych 10 kilometrach wędrówki wchodzę do wsi Sułoszowa. Robię przerwę w kawiarni „Pod Dębem„. Uśmiechnięta obsługa lokalu jest na tyle miła, że nie wyprasza brudnego do kolan z błota i „pachnącego” drogą wędrowca 😛 Pochłaniam pyszny kawałek ciasta słonecznikowego i popijam herbatę. Maszerowanie dziennie ponad 40km ma tę zaletę, że można jeść po drodze dosłownie wszystko, bez obawy o sylwetkę 😛 Korzystam też z okazji i przemywam twarz ciepłą wodą i mydłem… cudowne uczucie, nie zrozumie tego nikt kto nie spędził kilku dni bez dostępu do takich luksusów jak toaleta.

Po krótkim relaksie ruszam dalej. Przechodzę główną drogą przez wieś. Mijam klasztor, przy którym trafiam na kolejny znak szlaku Camino de Santiago, w głowię szybko przeliczam, że jego przejście zajęło by mi ponad 100 dni! Brzmi kusząco, może kiedyś? Po chwili mijam znak na początku Ojcowskiego Parku Narodowego. Szlak prowadzi przez zamek Pieskowa Skała a potem grzbietem wzgórza w stronę zamku Ojców.

Gdybym wiedział jak będzie wyglądał ten fragment szlaku to chętnie bym go ominął. Rozjechana, błotnista i śliska droga a do tego zero widoków. Pokonuję ten odcinek dosyć szybko bo chcę już wrócić na asfalt.

W Ojcowie zderzam się z rzeczywistością. Jest piękna wiosenna pogoda a co za tym idzie jest pełno ludzi. Przyśpieszam, w biegu robię zdjęcie zamku w Ojcowie i uciekam od tłumów w stronę końca doliny Prądnika.

Nie ma się co tutaj rozpisywać, przeleciałem ten odcinek bardzo szybko. Według Endomondo był to najszybciej pokonany odcinek na całej trasie 🙂

Dopiero gdzieś za Bramą Krakowską było trochę mniej ludzi ale dalej szedłem szybko. Do celu zostało mi już tylko około 15 kilometrów. Świadomość tego, że cel jest już tak blisko dodawała mi skrzydeł. Na końcu doliny Prądnika źle skręcam i dobijam darmowy kilometr. Po chwili wracam na szlak i przyjemną ścieżką, w samotności, docieram przez Wilcze Doły do Giebułtowa.

W oddali widać już zabudową Krakowa. Mijam znak Szlaku Orlich Gniazd, czytam na nim, że do końca szlaku jeszcze tylko około 7 kilometrów. Powoli robi się chłodniej, słońce chyli się ku zachodowi. Mijam tabliczkę z napisem „Kraków”, robię sobie selfiaczka i lecę dalej. W Pękowicach przechodzę polami koło kilku fortów z Twierdzy Kraków, jest już dosyć późno tak więc rezygnuję ze zwiedzania.

Ostatnie kilometry szlaku są, jak dla mnie, dosyć nie przyjemne. Prowadzą przez krakowskie osiedla, park miejski, chodniki i asfalt. W oddali nad domami zachodzi słońce a ja w końcu, po 4 dniach wędrówki docieram do zajezdni autobusowo-tramwajowej Kraków – Krowodrza Górka. Tego dnia przeszedłem 52 kilometry. Robię zdjęcie ostatniej tablicy z mapą szlaku. Czuję niesamowitą satysfakcję! Zrobiłem to! Nie zrezygnowałem kiedy było mi ciężko. Jestem bardzo zmęczony ale szczęśliwy.

Wsiadam do tramwaju jadącego na dworzec główny. Po krótkiej jeździe wysiadam… wszystko mnie boli, ledwo idę. Mam szczęście i po 15 minutach wsiadam w autobus jadący do Katowic. Dopiero tutaj zaczynam czuć jak mnie bolą całe nogi. Czuję się jak bym miał je w wielkim imadle a niewidzialna ręka dokręca śrubę. Nawet nie wiem kiedy zasypiam… budzę się przed Katowicami, taki o teleport 🙂 Sprawdzam na telefonie najbliższy pociąg do domu, jest za 10 minut. Na przystanku końcowym wyskakuję z autobusu i „biegnę” na dworzec. Gdyby ktoś mnie wtedy widział, to mógł by pomyśleć, że śpieszę się na spotkanie członków Ministerstwa Głupich Kroków wprost z Monthy Pytona 🙂 Zdążyłem! Jadę do domu! Marzę o kąpieli i ciepłej kolacji. Tak już mam, że rozmyślam po drodze o kolejnych wyprawach 🙂

Szlak Orlich Gniazd na lekko – podsumowanie wyprawy

Gratuluję jeśli chciało Ci się dotrwać do tego miejsca!

Pora na małą statystykę:

  • przeszedłem 178km – szlak oficjalnie ma 166km ale mi doszło kilka kilometrów błądzenia, szukania miejsca na nocleg itp.
  • około 34 godziny marszu
  • 15000 spalonych kilokalorii – super sposób na redukcję wagi!
  • 2500m podejść
  • zdecydowanie za dużo czarnego, gazowanego napoju, tak kiedyś to rzucę 🙂
  • ponad 20 odsłuchań albumu KęKę – To Tu 🙂

Szlak Orlich Gniazd to moim zdaniem świetny plan na wydłużony weekend, jest bardzo malowniczy i urozmaicony. Jest też bardzo dobrym pomysłem na rozpoczęcie przygody ze szlakami długodystansowymi czy wędrówką w stylu light&fast. Jak zwykle na tego typu wypadach sporo się nauczyłem. Trochę o sprzęcie (mam już pomysł jak jeszcze bardziej odchudzić plecak), trochę o naszym pięknym kraju ale przede wszystkim o sobie, swoich słabych i silnych stronach, granicach komfortu i wytrzymałości.

Wędrówka na szlakach długodystansowych to jedna z moich aktywności, oprócz turystyki wysokogórskiej i wspinaczki, które zamierzam w tym roku mocniej rozwinąć. Z tego powodu stworzyłem na stronie zakładkę „szlaki długodystansowe” gdzie będę gromadził już przebyte jak i planowane wędrówki. Tak żeby niczego nie zapomnieć a może przy okazji kogoś zainspirować?

Na koniec chciałbym jeszcze podziękować Kajetanowi za towarzystwo i świetnie spędzony czas oraz Dominikowi za wsparcie medyczne na trasie i podwózkę do Rabsztyna!

A tymczasem idę snuć plany na kolejne wyprawy!

2 odpowiedzi

  1. Arek

    Cześć, ciekawy wpis. Dobrze, że nie zrezygnowałeś. Ja sobie odpóściłem ostatnie 10 km GSŚ i żałuję do dzisiaj. Masz może zrobioną listę sprzętu? Też planuje na przeżucenie się na L&F, szukam pomysłów \ doświadczeń w rożnych zakątkach sieci 🙂 W poprzednim sezonie przechodziłem Szlak Orlich Gniazd we wrześniu i już wtedy myślałem, że będzie to dobry szlak do sprawdzenia się w zimie. Pozdrawiam.

Skomentuj

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.