Rumunia – przez trasę Transfogarską do domu

wpis w: Autostop, Nocleg, Wyprawy, Zdjęcia | 0

Noc pod Bukaresztem

Nasz kierowca wysadza nas na stacji benzynowej nieopodal Bukaresztu, którego niestety nie mieliśmy już czasu zwiedzić. Żegnamy się z nim i dziękujemy mu za to, że tyle dla nas zrobił. Po drugiej stronie ulicy dostrzegam jakiś pustostan. Wraz z Gosią postanawiamy to sprawdzić, okazuje się, że jest tam nawet kawałek trawy i kilka drzew więc Gosia ma gdzie rozłożyć namiot, a ja mam gdzie rozwiesić swój hamak.

Jest ciemno, ponuro, mroczną atmosferę postanawiam przerwać rozpalając ognisko z drewna, które wala się po całej okolicy. Ognisko nie dość, że bardzo pozytywnie wpływa na nasze (a szczególnie Gosi) morale, to pozwala nam przygotować ciepłą kolację w postaci miksu zupki chińskiej, pure w proszku, siemienia lnianego i przypraw.

 

Tego wieczoru słyszymy jeszcze ujadanie psów, mamy pewne obawy przed bezpańskimi psami, które spotykamy właściwie na każdym kroku naszej podróży przez Rumunię.

O poranku…

…pakujemy się w pośpiechu, gdyż przed nami jeszcze szmat drogi, a do zwiedzenia mamy jeszcze trasę Transfogaraską. Poranną toaletę oraz śniadanie robimy sobie na stacji benzynowej, po czym od razu idziemy łapać stopa, na którego czekamy dość długo. W międzyczasie spotykamy bezpańskiego psa, których mnóstwo w Rumunii, aż żal go zostawiać. Myślę, że gdyby ktoś postanowił zabrać go ze sobą, to zyskał by wiernego przyjaciela…

Droga Transfogaraska – jedna z najpiękniejszych dróg na świecie

Kilka godzin później docieramy na trasę transfogarską. 

Przywozi nas tu kobieta, która ma tu nie po drodze. Docierając w pobliże tamy, postanawiamy przebyć część trasy na własnych nogach.

 Idąc sobie beztrosko wzdłuż drogi zatrzymujemy samochód, jednak nie zajeżdżamy zbyt daleko, kiedy natrafiamy na taką miłą puchatą przeszkodę…

Jadąc dalej nasz kierowca, wraz ze swoją żoną, postanawiają zatrzymać się na piknik w pięknych okolicznościach przyrody. Co dla nas jest świetną okazją do wrzucenia w końcu czegoś nas ząb.

Kiedy napełniliśmy nasze żołądki, pysznym swojskim jedzeniem jakim nas poczęstowano, ruszyliśmy w dalszą drogę. Po drodze nie zabrakło wspaniałych widoków:

Jednak miejsce, które dla mnie okazało się najpiękniejsze to  jezioro nieopodal wylotu z trasy transfogaraskiej:

Dzięki uprzejmości kierowcy i jego żony, zwiedziliśmy chyba wszystkie najpiękniejsze miejsca na całej trasie, lecz przychodzi pora pożegnania się. Po przejechaniu całej trasy transfogaraskiej docieramy do drogi, która prowadzi do Sybina – bardzo starego i pięknego miasta.

Zaskakujący nocleg pod Sybinem 

Pomimo zbliżającego się zmroku udaje nam się złapać stopa, a ku naszemu zdziwieniu naszym kolejnym kierowcą jest kobieta. Kobieta jest strasznie przejęta naszym losem i namawia nas do zwiedzenia Sybinu, a także proponuje pomoc w znalezieniu noclegu w jakimś hotelu. Kiedy udaje nam się ją przekonać, że świetnie radzimy sobie z noclegami na dziko, postanawia nas zawieść do wioski nieopodal miasta Sybin, w której nieopodal pensjonatu znajduje się wiata turystyczna.

Pomimo tego, iż to miejsce jest nam nie po drodze, to warto było tu wpaść, pod wiatą znajdujemy świetne miejsce na rozbicie obozu i rozpalenie ogniska. Lecz piękno tego miejsca dostrzegamy dopiero rano.

Oczywiście jak na Rumunię przystało, nie mogło zabraknąć włóczącego się psa, który z radością towarzyszył nam tego wieczoru…

Poranne zwiedzanie Sybina

Rano postanawiamy, że zwiedzimy jeszcze na szybko Sybin, ale z wioski, w której wylądowaliśmy ruch jest niewielki, więc łapanie stopa zajmuje nam sporo czasu. Pocieszeniem jest miły spacer przez budząca się do życia wieś…

oraz złapanie na stopa pierwszego w życiu pickupa…

Możecie obejrzeć nagranie z jazdy pickupem.

Następny samochód, który nas zgarnia z pobocza to samochód chłodniczy, tak więc do Sybina docieramy jadąc w chłodni…

Nie mamy zbyt wiele czasu, więc na szybko zwiedzamy Sybin.

Będąc w centrum tego pięknego miasta, postanawiamy zjeść dobre śniadanie w jednej z uroczych restauracji. Za śniadanie, w którego skład wchodzi omlet, pieczony boczek, pieczywo i kawa płacimy zaledwie 12 lei, fajna cena jak na starówkę europejskiego miasta. Po śniadaniu ruszamy w kierunku obwodnicy miasta, podziwiając niską i zwartą zabudowę miasta.

W drodze do Aradu prowadził nas Allah…

Po drodze spotykamy innych autostopowiczów, z którymi prowadzimy krótką pogawędkę. Docieramy na obwodnicę, na której poboczu postanawiamy złapać stopa. Po jakimś czasie, z piskiem opon zatrzymuje się ciężarówka, którą prowadzi Turek. Droga do Aradu zaczyna się nieźle, jednak po czasie okazuje się, że autostrada jest zakorkowana na ponad 20 km…

W korku stoimy ponad 4 godziny, przejeżdżając co jakiś czas po kilkaset metrów. Nasz kierowca powtarza co chwile „It’s Romania” po czym rzecze „W Turcji takie rzeczy są niedopuszczalne” 😉

Po straconym czasie, nasz kierowca chcąc nadrobić stracony czas pędzi na złamanie karku do Aradu. Oczywiście autostrada skończyła się już dawno, teraz jedziemy ciemną i ciasną drogą jednopasmową, a nasz kierowca rzadko na liczniku ma poniżej 90km/h. Jakim cudem docieramy pod Arad bez żadnego wypadku? Jak to później podsumował jeden z Polskich kierowców – „Tych Turków to Allah prowadzi”.

Tymczasem jest już późny wieczór, a my lądujemy na parkingu dla TIRów w pobliżu Aradu, gdzie tu znaleźć miejsce do spania? Oczywiście za stacją benzynową.

Do Polski… 

Wstajemy jeszcze przed świtem, aby dotrzeć do Polski jeszcze dzisiaj, pozwalamy sobie na ostatnią kawę wypitą na stacji benzynowej.

Kiedy zgarnia nas pierwszy samochód jest już po 8 rano, ale docieramy do miejscowości Oredea około 10 rano. Stamtąd musimy dotrzeć do Borsy, na przejście graniczne. Gosi bardzo zależy żeby dotrzeć do Polski jak najszybciej, bo za 2 dni musi się pojawić na ślubie przyjaciółki. Z pomocą polskiego kierowcy TIRa docieramy w pobliże przejścia granicznego.

W tym miejscu postanawiamy z Gosią się rozdzielić, każde z nas wsiada do innej ciężarówki, jadącej bezpośrednio do Polski. Mój kierowca okazuje się być bardzo sympatyczny po drodze zatrzymujemy się na pauzie, gdzie razem gotujemy ciepły posiłek. Droga do Polski upływa nam na rozmowie. Wieczorem docieram do Tarnowa, próbuję jeszcze złapać stopa, przed bramkami na A4, ale po chwili nastaje zmrok. Postanawiam rozbić sobie obóz w pobliskim lasku.

Piękne zakończenie podróży

Następnego dnia zamiast do domu, łapię stopa do Zabrza, gdzie mamy wraz z moimi przyjaciółmi ze śląska „naszą miejscówkę” w lesie. Tam spotykam się z obozującymi tu Kubushem i Niszką, którzy są dla mnie prawie jak rodzina, a w tym miejscu czuję się niemal jak w domu. Takim akcentem kończy się moja podróż do Rumunii.

Podsumowując cała podróż trwała ponad 2 tygodnie, wydałem na tę podróż niecałe 300 zł, co myślę jest całkiem niezłym wynikiem biorąc pod uwagę to, że kilka razy spaliśmy na kempingach i stołowaliśmy się kilka razy w restauracjach, smakując lokalnych potraw.

Rumunia to wspaniały kraj, pełen uśmiechniętych ludzi. Można tu znaleźć zarówno piękne góry wśród których kryją się wioski, w których czas stanął w miejscu, jak i turystyczne kurorty nad Morzem Czarnym. Jest to kraj na kieszeń każdego Polaka, najlepiej zwiedzać ten kraj własnym samochodem, rowerem, albo na stopa.

Poniżej linki do poprzednich części relacji:

Cz. I : Autostopem do Rumunii do tych dzikusów

Cz. II : Autostopem po dzikiej Rumunii

Cz. III : Rumunia autostopem – polskie wioski i morze czarne

Skomentuj

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.