Rumunia Autostopem – Polskie Wioski i Morze Czarne

wpis w: Autostop, Nocleg, Wyprawy, Zdjęcia | 0

Polskie Wioski w Rumunii

Tego dnia mamy zamiar dotrzeć do Polskich wiosek, a Gosi bardzo zależy na tym aby tego dnia uczestniczyć w niedzielnej mszy, w polskim kościele – dzięki czemu dość szybko docieramy do Góry Humoru. Na stopa udaje nam się stamtąd złapać Taxi, w którym jechało już kilka osób. Na początku myślimy, że kierowca podrzuci nas za friko, ale kiedy docieramy do Pleszy okazuję się że musimy mu zapłacić.

Jednak warto było zapłacić te kilka lei i podjechać tu taksówką, bo samochodów jadących w tym kierunku nie było, a droga chociaż bardzo malownicza była stroma i kręta. Dotarcie tutaj na własnych nogach zajęłoby na sporo czasu. Kiedy wysiadamy z taksówki od razu kierujemy się ku najbliższemu kościołowi, gdzie dwie panie, po Polsku wyjaśniły nam iż najbliższa msza jest w następnej wiosce o 12 – mamy około godziny na dotarcie tam.

Mała Polska w Rumunii

Idziemy szutrową drogą prowadzącą między lasami, pagórkami oraz łąkami (asfalt występuje głównie we wsiach), która w końcu doprowadza nas do Nowego Sołońca (rum. Solonețu Nou). Kiedy docieramy do tej miejscowości jest przed 12, więc w pośpiechu kierujemy swe kroki ku kościołowi. W tym samym kierunku podążają inni ludzie z całej wsi. Po drodze spotykamy rowerzystę z Polski, z którym zamieniamy kilka słów. Pod kościołem – jak to w staropolskim zwyczaju, jest prawie cała wieś, ludzie ubrani są odświętnie a zewsząd słychać żwawe dyskusje w archaicznej polszczyźnie. Gosia udaje się do kościoła, a ja postanawiam poczekać na nią przed kościołem i wypytać rodaków jak im się  tu wiedzie…

Okazuje się, że chłopaki, z którym rozmawiałem, tak jak nasi rodacy w kraju są zmuszeni podróżować na zachód europy za chlebem. Z końcem lata wracają aby pomóc starszym przy żniwach. I ogólnie wiążą swoją przyszłość z tym miejscem, które jest dla nich ojczyzną…

Po mszy udajemy się do Domu Polskiego, aby zjeść coś ciepłego oraz podładować telefon Gosi, który jest naszym głównym źródłem nawigacji.

Po posiłku wyruszamy w dalszą drogę, która wiedzie nas między sielankowe pagórki, wśród których nasi rodacy lata temu postanowili założyć swoje osady.

I tak w końcu docieramy do głównej drogi asfaltowej, z której łapiemy stopa w stronę Morza Czarnego (do którego mamy jeszcze ponad 600 km).

Koszmarna noc

Żar leje się z nieba, ale na szczęście mamy fajne miejsce do łapania stopa…

Po pół godziny smażenia się w słońcu na szczęście zatrzymuje się samochód, jak się później okazuje jadą w nim księża, którzy podwożą nas spory kawałek.

Docieramy do miejscowości Bacau, ale ze względu na nadchodzący kres dnia, musimy na szybko znaleźć miejsce na nocleg. Wybór pada na krzaki za stacją benzynową, jak się okazuje później jest to najgorsze miejsce na nocleg w jakim kiedykolwiek spałem.

Okazuje się bowiem, że po drugiej stronie drogi jest dom weselny, w którym akurat trwa wesele (z głośną i skoczną Rumuńską muzyką folkową), a po drugiej stornie płotu (który wykorzystałem do budowy mojego zadaszenia) jest pies, który nie wiadomo skąd brał energię na donośnie szczekanie przez całą noc. W efekcie spałem z ciągłymi przerwami, zaledwie kilka godzin.

W drodze nad Morze Czarne

Następnego dnia wstajemy jak najwcześniej, żeby dotrzeć jeszcze tego dnia nad morze. Pierwszym samochodem jaki się zatrzymuje jest niewielka ciężarówka, okazuje się że kierowca jedzie w tym samym kierunku co my.

Droga nad morze to droga przez tereny nizinne, gdzie wszędzie wokoło pełno ogromnych pól oraz stojących przy drodze straganów, gdzie ludzie handlują wyhodowanymi przez siebie owocami i warzywami.

Po kilku godzinach jazdy w milczeniu i skwarze docieramy do Konstancji, przy wysiadaniu kiedy chcieliśmy wyjąć nasze plecaki z paki, kierowca zaskakuje nas swoim pytaniem, Do you have a many ? (facet nie potrafił mówić po angielsku). Byliśmy zszokowani, bo przy wsiadaniu nic nie wspominał o pieniądzach za przejazd. Gosia mówi kierowcy, że pieniądze ma w plecaku, dzięki czemu odzyskujemy je. Wyciągamy całą gotówkę jaką mamy przy sobie (jest to ponad 10 lei) oraz butelkę Soplicy wiśniowej, którą mieliśmy na specjalną okazję. Kierowca z ogromnym zniesmaczeniem przyjmuje nasze podarunki. Po czym wsiada do samochodu i odjeżdża z piskiem opon. Siadamy na poboczu aby nieco ochłonąć i zebrać myśli.

Miła odmiana

Na szczęście po kilku minutach od rozpoczęcia łapania stopa, zatrzymuje się kabriolet, na początku trochę nie dowierzamy, ale po chwili kierowca woła nas do siebie. Okazuje się, że kierowcą jest młody, sympatyczny chłopak, który świetnie rozmawia po angielsku. Następny kierowca zgarnia nas bezpośrednio z mostu, nad kanałem portowym, na którym akurat są ogromne korki. Ten kierowca podwozi nas do samego Vama Veche.

Vama Veche – plaża wolności

Kiedy docieramy do Vama Veche, nasz kierowca wyjaśnia nam pokrótce gdzie jest pole namiotowe, a gdzie można rozłożyć namiot na dziko. My wybieramy drugą opcję, na początku mamy problem żeby znaleźć dobre miejsce, bo albo teren jest nierówny, albo zbyt mocno wieje. W końcu wybieramy odpowiednie miejsce pod skarpą, do której mocuję mojego DD Tarpa.

Nasi współlokatorzy to mieszanka ludzi w różnym wieku, którzy cenią wolność, część z nich to najpewniej hipisi. Na całej plaży jest masa naturystów i naturystek, oczywiście widok tych pierwszych jest mało przyjemny. Kiedy już uporaliśmy się z naszym obozowiskiem nadchodzi pora na kąpiel w morzu.

Woda jest bardzo ciepła, plaża piaszczysta, do tego wieje ciepły wiatr. Po kąpieli czas na obiad – zalane wrzątkiem zupka w proszku, pure ziemniaczane i siemię lniane. Kiedy zbliża się wieczór postanawiamy jeszcze wybrać się na zakupy,  zimne piwko w takim cudownym miejscu to niemalże obowiązek, przy okazji wypatrujemy dobre miejsce, w którym za grosze możemy zjeść dobre śniadanie. Wieczorem udajemy się wraz z Gosią na spacer wzdłuż plaży, niebo ukazuje nam pełnię gwiazd. Tego wieczoru postanawiam spać pod gołym niebem, gdyż jest bardzo ciepło, a niebo jest czyste.

Kolejny piękny wschód słońca…

Nazajutrz z rana pobudkę funduje mi wschodzące słońce.

Następnie wybieramy się po śniadanie do jednej z piekarni oraz kawę. Kiedy wracamy Gosia idzie do pobliskiego baru, aby skorzystać z WiFi, ja postanawiam zwiedzić trochę okolice.

Jak widać ślady obecności naszych rodaków potwierdzają iż Polaków wszędzie pełno…

Niedaleko tego miejsca znajduje się parking dla camperów gdzie spotykam Czecha, który przyjechał tu swoim przerobionym na Campera Mercedesem.

Po spacerze ostatni raz zażywam kąpieli w Morzu Czarnym, po czym nieśpiesznie zawijamy obozowisko i ruszamy w drogę do domu.

Zanim opuściliśmy Vama Veche, zrobiliśmy jeszcze małe zakupy na trasę, zimne piwo podczas gdy żar leje się z nieba to czysta przyjemność, chociaż każdy powinien wiedzieć, że zimne napoje podczas upału to tylko złudne orzeźwienie.

W drodze do domu

Stopa udaje nam się złapać dość szybko, jednak docieramy tylko do miejscowości Mangalia. Stamtąd ku naszemu zaskoczeniu zatrzymuje się dla nas kierowca, który przywiózł nas do Vama Vache, a co najlepsze okazuje się, że jedzie on aż do Bukaresztu, czyli ponad 250km! Takim oto cudownym sposobem jeszcze tego samego dnia, a właściwie wieczoru docieramy pod Bukareszt.

To jeszcze jednak nie koniec naszej przygody. Droga do Polski też obfitowała w przeróżne przygody i wspaniałe widoki, ale o tym dowiecie się wkrótce.

Skomentuj

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.