Mały Szlak Beskidzki

We wrześniu, po niemalże całych wakacjach spędzonych w pracy jako instruktor i wychowawca na obozach, postanowiłem trochę wypocząć.

Bardzo chciałem pojechać, w góry – do miejsca, gdzie mnie jeszcze nie było. Olek zasugerował mi Mały Szlak Beskidzki 137 km, to jest ok 3-5 dni marszu. Pomyślałem – czemu nie ?

Nie całkiem na lekko…

Olek zainspirował mnie do podróży z lekkim ekwipunkiem, jednak nie posiadam takowego. Więc po prostu spakowałem się jak najlżej… wyszło w porywach do 12 kg ( z wodą i jedzeniem).

Problem w tym że mój plecak Wisport Reindeer 50 l, waży 2050 g. Ciężki ale solidny, z porządnym systemem nośnym. Posiadam jeszcze lżejszego o 900g, Sparrowa, ale ze względu na niewygodny system nośny zostałem przy Reniferze. Jako schronienie wybrałem poncho Helikona(plus linka i 4 śledzie) – 580g, śpiwór syntetyk z Decathlona – 900 g. Kurtka Helikon Trooper to aż 610 g wagi. Plecak z ekwipunkiem ważył 7790 g.

Jedzenie – postanowiłem być częściowo niezależny na szlaku, więc przygotowałem sobie porcje na śniadania i kolację. Takie porcje wystarczy zalać wrzątkiem. Jedna porcja gulaszu z kaszą kuskus waży 190 g i zawiera 737 kcal, zaś porcja owsianki mocy waży 290 g i zawiera, aż 1135 kcal. Na szlak zabrałem ze sobą po 4 porcje. Łącznie 1920 g. Plus kabanosy, i słodycze kupowane na trasie.

8 września, późnym popołudniem udaje mi się dotrzeć autostopem do Rabki Zdroju, stamtąd do razu ruszam do schroniska na Luboniu, gdzie wypijam gorącą herbatę, zalewam kaszę wrzątkiem i ruszam do lasu na nocleg.

Dżdżysty poranek na szlaku.

Noc deszczowa, spędzona w schronieniu zrobionym z poncho, nie psuje mi humoru. Pomimo porannej pluchy, ochoczo ruszam na szlak.

Cały czas siąpi, szlaki zamieniają się w błotniste strumyki.

Spora część szlaku, biegnie asfaltem.

Pomimo deszczowej aury widoki są… jak życie, piękne pomimo swej szarości i posępności.

W końcu jednak przestaje padać, momentami słońcu udaje przebić się przez ciężką zasłonę chmur.

Tymczasem docieram do Mszany Dolnej, gdzie nabywam mapę Beskidu Małego i Makowskiego. Następnie zatrzymuję się w Żabce, aby napić się kawy, oraz zdobyć wrzątek, który jest mi niezbędny do zrobienia owsianki mocy. Po śniadaniu zjedzonym przed sklepem, ruszam na szlak.

Znowu asfalt…

Ulewa

Kiedy docieram do Kasiny, niebo znowu zaczyna ciemnieć. Na stacji PKP robię sobie chwilkę przerwy. Dzięki uprzejmości przyjaciół zdobywam numer do schroniska, na Kudłaczach. Od właściciela schroniska dowiaduję się że, jeżeli chcę być z psem to mogę spać jedynie w namiocie. Forsowny marsz w kierunku Lubomira, sprawia że nie zauważam nawet kiedy zaczyna mżyć.

Po godzinie marszu zaczyna padać coraz intensywniej, aż w pewnym momencie zaczyna wiać wiatr, a z nieba leje się niby z „Kärcher”a Przy tak intensywnym opadzie, nawet poncho przestaje pomagać. Jesteśmy przemoczeni…

Postanawiam więc, bez względu na konsekwencje wejść na jedno z podwórek, by skorzystać z ganku. Dom jest zamknięty i pusty.

W tym miejscu przeczekujemy najgorszy opad, oraz burzę. Kiedy przestaje padać ruszam ostrożnie i w pewnym momencie potykam się na mokrych, drewnianych schodach tarasu. Klnąc pod nosem sprawdzam kolano… uff całe. Taki potłuczony i obolały ruszam w dalszą drogę. Deszcz znowu zaczyna padać. Kiedy docieram do Lubomira, zapada zmrok, ciągle pada, jest zimno. Nie zważając na wszystko pośpiesznie podążam w kierunku Kudłaczy.

Bardzo „miła” obsługa…

W końcu widzę światło, tak ! Docieram do schroniska. Przed wejściem z niepokojem spoglądam na tabliczkę „zakaz wstępu z psem” Jednak postanawiam zaryzykować i wchodzę do środka z Luśką.

Zatrzymuję się przy samym wejściu, na początku sali, aby nie brudzić i nie moczyć podłogi ściągam poncho i przywiązuję psa.

Wchodząc do środka witają mnie zdziwione spojrzenia gości i słowa właścicielki : „Gdzie z tym psem, jest zakaz” (przecież nie wystawię i tak przemoczonego psa na deszcz i chłód). Nie zważając na to podchodzę do okienka kuchennego i pytam o nocleg. Na początku dostaję srogie pouczenie, później odmowę – pomimo tego iż tłumaczę że będę spał na zewnątrz.

– Pan widzi, ja tu mam wycieczkę szkolną, jak to tak ! żeby obcy mi tu spał !
– No proszę Pani, jest zimno… a ta wiata ? – pytam wskazując na kurną chatę na zewnątrz.
– Tam ? Tam jest dziura w dachu, ja tam mam cenne przedmioty no nie wiem…
W końcu, po usilnych prośbach udaje mi się dostać nocleg w wiacie, z paleniskiem po środku.

Po zalaniu mojego gulaszu wrzątkiem oraz nalaniu do stalowej butelki gorącej herbaty, z właścicielką idziemy do mojej „kwatery”:
– Ja tu odłączam prąd. Niech Pan nie rozpala tego ogniska, to drewno dla gości. Jak będę widzieć ogień, to wynocha – mówiąc to rozgrzebała resztki ogniska, odkładając na bok, większe kawałki drewna.
– Tak jest, dziękuję.
Pytając o możliwość skorzystania z prysznica, pani na początku odmawia, tłumacząc się że tu są dzieci. Jedynak w końcu mówi :
– Przyjdź za 30 min, zobaczymy.

Kiedy wyszła, od razu wziąłem się za rozwieszanie mokrych rzeczy, rozstawiłem kocyk Luśki, dając jej karmę oraz wodę.
Później poszedłem się wykąpać, gorąca woda – co za relaks ! Pod prysznicem zrobiłem jeszcze pranie. Zostawiłem telefon do ładowania w salonie. Kiedy wróciłem do mojej „kwatry” rozpaliłem jeszcze z tlących się kawałeczków drewna niewielkie ognisko, przy którym zjadłem kolację, następnie umyłem zęby. Do butów włożyłem papier toaletowy i ułożyłem je wraz ze wkładkami i skarpetkami, tak by suszyły się przy ogniu.

W końcu położyłem się na ławce, przed snem poczytałem sobie „Zwiadowców” – dobra lektura.

Rano, czym prędzej zjadam śniadanie i ruszam na szlak, by oddalić się w końcu z tego niemiłego dla wędrowców miejsca.

Przez Hale i Bukowe lasy

Ten dzień, okazał się słoneczny i przyjemny, szlak biegnie w dół, ku Myślenic, do których docieram przed południem.

Będąc w centrum, do moich nozdrzy dociera zapach smażonej ryby, tak też podążając za węchem docieram do smażalni ryb, w której postanawiam zjeść pyszny obiad. Luśce funduję, kawałek surowej ryby, ale o dziwo nie zjada (Luśka na szlaku nie ma apetytu). Po zapełnieniu kichy ciepłym wartościowym posiłkiem ruszam w dalszą drogę.

Droga wiedzie pod górę, aż do momentu kiedy wdrapuję się na pasmo Babicy. Z ogromnych hal rozpościera się widok na całą okolicę.

Następnie krajobraz zaczyna się zmieniać – teraz szlak wiedzie przez ciemne bukowe – jodłowe lasy.

Po drodze, znajduję mnóstwo grzybów.

Obcy są wśród nas…

Jednak, miast grzybów zabieram ze sobą znalezione śmieci.

Kiedy słońce chyli się już ku zachodowi, na szlaku spotykam starszego pana, ubranego w moro z wielkim plecakiem. Ucinam z nim pogawędkę i okazuje się że jemu także nieobce są wędrówki i noclegi pod gwiazdami. Idąc dalej zastanawiam się gdzie tu spędzić nocleg, aż w końcu zatrzymuję się przed miejscowością Palcza, obóz rozbijam nieopodal szlaku, na polance, znajdującej się powyżej niego. Za plecami mam zagajnik, który zapewnia mi nieco opału oraz ochronę przed wiatrem.

Ten nocleg spędziłem w schronieniu zbudowanym z poncho, wyszło mi to całkiem zgrabnie.

Nad sobą mam niebo usłane gwiazdami, przed sobą ognisko, a przy sobie najlepszego czworonożnego przyjaciela.

Rano, przed ruszeniem na szlak, postanawiam zaopatrzyć się w wodę.

Wzdłuż szlaku którym podążałem, biegnie strumyk. To idealne moment aby przetestować słomkę filtrującą Sawyer Care Plus.

Zachęcam do przeczytanie recenzji, którą przygotował kiedyś Olek: https://drogamoimcelem.pl/sawyer-care-plus-wyprawowy-filtr-wody/ A kupić ją można w sklepie Buschcraftowy.pl: https://sklep.bushcraftowy.pl/uzdatnianie-wody/291-filtr-do-wody-sawyer-care-plus-water-filter.html

Dzięki słomce uzdatniłem ponad 3 litry wody w kilkanaście minut.

Przez sielskie wsie…

Miejscowość Palcza, okazuje się być malutką wioską, którą przemierzam w oka mgnieniu (a liczyłem na sklep). Szlak znów wiedzie pod górę, wśród opuszczonych sadów, potem przez hale i lasy. Po drodze mijam mnóstwo grzybiarzy i niestety śmieci również.

W końcu docieram do Zembrzyc, gdzie zatrzymuję się w sklepie oraz lokalnym fast-foodzie – najadłem się za kilka złotych. Po wypoczynku ruszam w dalszą drogę, spory odcinek idzie się tutaj asfaltem, który prowadzi do malowniczych beskidzkich wsi.

Opuszczone domostwa, bądź sady zawsze działają na moją wyobraźnię. Mają w sobie coś nostalgicznego, wywołują u mnie tęsknotę za dawnym, prostym życiem.

Czasem przemierzając takie miejsca, wędrówka staje się niezwykle przyjemna, zapadam, w trans, czuję jakbym właśnie po to żył.

Kolejna „miła” obsługa…

Kiedy docieram pod Leskowiec jest już niemal wieczór, wpierw udaję się do schroniska, aby zapytać o nocleg, bądź możliwość skorzystania z prysznica.

Po raz kolejny nie dostaję schronienia, tylko ze względu na psa. A z prysznica też nie mogę skorzystać, nawet za opłatą, bo nie jestem gościem schroniska… Każdy piechur wie jak ważna dla komfortu, jest możliwość skorzystania z prysznica przy długiej wędrówce.

Zdegustowany fatalną postawą schroniska idę w stronę szczytu Leskowiec, gdzie wg. porad Olka powinna znajdować się wiatka. Po kilkunastu minutach jestem na miejscu. Wiatka okazuje się być niewielkim drewnianym szałasem, w którym znajdują się dwie ławy – jak dla mnie luksus. Przed wiatką jest miejsce na ognisko.

Widoki ze szczytu Leskowca wynagradzają całodzienny trud wędrówki i pozwalają zapomnieć o nieprzyjemnościach tego dnia.

Wstaję około 7 rano, aby jeszcze dziś wieczorem dotrzeć do Bielska, tam chcę się spotkać z kumplem, z którym nie widziałem się kilka od ponad roku.

Drogowskaz pokazuje niecałe 12 godzin marszu do końca szlaku. Ruszam na zachód pełen dobrych myśli.

Kiedy docieram do chatki pod potrójną, spotykam tam wspaniałego człowieka, który opowiada mi nieco o historii chatki, rozmawiamy, o życiu i zanikaniu pięknych tradycji, gościnności i życzliwości na górskich szlakach… Spędziłem tam chyba z 3 godziny.

Naładowany pozytywną energią ruszam w dalszą drogę, docieram w końcu do góry Żar, gdzie robię odpoczynek, zjadam kolejną porcję gulaszu i próbuję dodzwonić się do kumpla z Bielska, jednak na próżno.

Ruszam dalej i późnym popołudniem docieram do zapory w Porąbce. Podziwiam dzieło inżynierii hydrologicznej i zastanawiam się nad noclegiem przy jeziorze. Jednak widząc drogowskaz „Straconka 4 h 15 min” postanawiam skończyć szlak jeszcze tego dnia.

Jednak moje zapasy wody i jedzenia już się skończyły, a sklepów brak. Poszedłem wiec do jednej z chat, prosząc o wodę i możliwość odkupienia czegoś słodkiego, na te ostatnie kilka godzin marszu. Kobieta, z którą chciałem dobić targu daje mi czekoladę w prezencie, mówiąc że jej syn też chodzi po górach i wie jak ważne są kalorie na szlaku. Wzruszyłem się trochę tym gestem.

Tak zacząłem swój ostatni etap marszu, najtrudniejsze było podejście Później była wędrówka przez ciemny las, po drodze zatrzymuję się kilkukrotnie, aby zrobić zdjęcia miejskiej dżungli nocą. Jednak to przekracza wymagania mojego aparatu. Coś tam niby widać…

Tak się zastanawiam – po cholerę to wszystko świeci ? Jak głupimi istotami jesteśmy, aby tak marnować zasoby, tyle prądu się marnuje, tylko po to aby coś tam w nocy świeciło (pomijam oczywiście światła mające na celu poprawić bezpieczeństwo).

Ostatnie kilometry, były istną katorgą, szczególnie zejście – stawy po całym dniu marszu odmawiały posłuszeństwa, bałem się że skręcę prawe kolano, które kiedyś już skręciłem. Do tego przetarty mały palec lewej nogi. Nie cierpię zejść, szczególnie stromych, po forsownym marszu. Na szczęście bezpiecznie udaje mi się w końcu dotrzeć do zabudowań. Ostatni kilometr marszu, asfaltem, w dół szedłem tyłem – co za ulga ! Polecam !

W końcu docieram do punktu wyznaczającego koniec szlaku. Na prawdę się udało ! 137 km w 4 dni, cieszę się jak dziecko, czuję się jakbym zdobył Mont Everest. Po chwil euforii, sprawdzam która godzina – przed 23, ostatni autobus odjechał 20 minut temu, co teraz ?

Znieczulica, przykre ale coraz częstsze zjawisko…

Musiałem skorzystać z Taxówki, która zabrała mnie na dworzec PKP Bielsko – Biała. Po zaopatrzeniu się w Hod -Dogi na stacji benzynowej ruszyłem w stronę dworca. Pociąg do Katowic ma startować ok 5 rano, tymczasem jest po północy, a ja nie mam gdzie się podziać. „Pójdę na dworzec, do poczekalni” – pomyślałem.

Jednak okazało się że znieczulica 3 raz dała mi się we znaki podczas tej wędrówki. Kobieta odpowiedzialna za pilnowanie porządku w poczekalni nie miała najmniejszego zamiaru wpuścić mnie, ani Luśki do środka.”Dziwne” – pomyślałem, wydawało mi się że po to są poczekalnie, aby spędzać w nich czas oczekiwania na pociąg. Widocznie ta w Bielsku ma inne przeznaczenie.

Te kilka godzin przeczekaliśmy w podziemnym korytarzu między peronami, nawet udało mi się zasnąć kilkukrotnie, jednak za każdym razem budził mnie ból spowodowany spaniem w niewygodnej pozycji, oraz chłód. Było ok 10 stopni powyżej zera, a śpiwór był w plecaku. Co innego Lusia, ona spała w najlepsze, jednak kiedy ktoś spróbował się zbliżyć natychmiast podnosiła głowę, czujnie go obserwując.

Tak, doczekałem porannego pociągu, teraz wiem co muszą czuć bezdomni, wyganiani z miejsca na miejsce…

 

3 odpowiedzi

  1. Avatar
    Michał Pietrzak

    Miro! nie szukając „łatwych” usprawiedliwień: wędrujesz z pogodnym, spokojnym psem. W górach też pojawiają się „przypadkowi” ludzie z agresywnymi psami.
    Stąd schroniska są na „nie” . Jak taki pies kogoś pogryzie, jest kłopot. To jest kwestia budząca emocje. Na ngt.pl jest na ten temat wątek i jest „gorący” .
    Po za tym odbyłeś wędrówkę o dobrej porze. Pusto, na szlaku można rzec: „koneserzy” .
    Z pozdrowieniami

  2. Miro z Lasa
    Miro z Lasa

    Ja wszelkie zakazy typu „zabrania się wpuszczania psów” porównałbym trochę do rasizmu. W Holandii na przykład Polacy mają problem z wynajęciem mieszkania, lub domku campingowego, tylko dla tego że są Polakami. Wielu Polaków niestety robi chałę i syf w tym kraju, przez co obrywa się tym kulturalnym i spokojnym. Ale bądź co bądź jest to rasizm. Powinno się oceniać ludzi, po ich zachowaniu, nie pochodzeniu. Także ogólne mówienie „NIE” dla psów jest dla mnie pewną formą dyskryminacji. I rozumiem pracowników schronisk są zmęczeni idiotami w górach, faktycznie wielu ludzi nie powinno mieć psów, a tym bardziej zabierać ich w góry. Jednak zadaniem schronisk jest zapewnianie noclegu, tym bardziej w skrajnych warunkach. Nie mam za złe kobiecie z „Kudłaczy” za to gdzie mnie przenocowała, natomiast jej podejście do gościa/wędrowca szukającego pomocy pozostawia wiele do życzenia…
    I mam tu na myśli też Luśkę, przecież nie wbiegła na środek salonu wytrzepując się z wody i błota, nie zaczęła sikać pod siebie…

  3. Avatar
    Krzysztof

    Szkoda że dopiero teraz trafiłem na tego bloga. Chętnie bym pomógł w transporcie bo wiem jak to jest z dojazdami do szlaków lub co gorsza z powrotem do domu po kilkudniowej wyrypie.
    Podziwiam że mimo przeciwności dałeś radę, choć na sam koniec zostałeś potraktowany podle.
    Ja planuję przejść msb w czerwcu, nie korzystając z noclegów w schroniskach, bo łaski nie robią.
    Spanie w namiocie, mycie i pranie w potoku, jedzenie kupione w sklepie i far foodach.

    Pozdrawiam

Skomentuj

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.