Mały Szlak Beskidzki na lekko - początek szlaku na Luboniu Wielkim

Mały Szlak Beskidzki na lekko

wpis w: Light&Fast, Wyprawy, Zdjęcia | 2

Szlak ten miałem w planach już od dłuższego czasu. Chciałem go przejść już kilka razy ale zawsze, jak to u mnie bywa, plany ulegały zmianie i wybierałem inny kierunek 🙂 Tak było też tym razem. Dwa tygodnie wcześniej, razem z dwoma kumplami Pawłem i Łukaszem, przygotowywaliśmy się do przejścia Szlaku Jury Wieluńskiej. Kilka dni przed wyjazdem Paweł dał znać, że nie może jechać. Szybki telefon do Łukasza, mojego dobrego kompana, czy da radę wziąć dodatkowy dzień urlopu i czy zamiast na Jurę jedziemy zrobić Mały Szlak Beskidzki na lekko. U Łukasza lubię tę cechę, że nie zastanawia się długo i mimo tego, że nigdy wcześniej nie wędrował na lekko i nie robił takich dystansów, już po godzinie zadzwonił potwierdzić załatwiony urlop!

Mały Szlak Beskidzki to liczący 137 kilometrów, znakowany kolorem czerwonym, szlak prowadzący przez trzy pasma górskie: Beskid Wyspowy, Makowski i Mały. Jego początkiem w naszym wypadku miał być szczyt Luboń Wielki a końcem Straconka czyli dzielnica Bielska-Białej. Jego przebieg, wraz z podejście na początek szlaku z Raby Niżnej, można zobaczyć na poniższej mapie:

Mały Szlak Beskidzki na lekko czyli jak?

Wędrowanie w stylu light&fast czyli pokonując długi dystans na lekko to od zeszłego roku kierunek mojej turystyki, który mocno rozwijam. Tym razem jeszcze bardziej niż do tej pory odchudziłem plecak, którego waga (bez wody) wynosiła niewiele ponad 3kg. Miałem w nim spakowane wszystko to co widać na poniższym zdjęciu czyli m.in. lekki śpiwór puchowy, awaryjne schronienie czyli DD SuperLight tarp, składaną i odpowiednio obciętą matę, ubrania, żywność, napoje, apteczkę i kosmetyczkę, czołówkę, odtwarzacz mp3 i wydrukowaną mapę. Na tego typu wypadach używam lekkich i przewiewnych, terenowych butów biegowych, są bardzo wygodne a do tego pozwalają zamienić długie zejścia ze szczytów w krótkie zbiegi 🙂

Wszystko to zmieściłem w moim ulubionym, ważącym 430 gram, plecaku Fjord Nansen Tomte o pojemności 20 litrów. Zapas żywności i napojów miałem na jeden dzień. Na całej trasie nie było problemu ze zrobieniem zakupów tak więc takie podejście sprawdziło się bardzo dobrze.

Od początku wypad ten miał być dla nas wyzwaniem, próbą sprawdzenia się, poznania siebie, swoich słabości i granic. Z taką wagą plecaka planowaliśmy pokonać ten szlak w 3 dni. Dystans podzieliliśmy więc na trzy odcinki:

  1. Luboń Wielki > las za Myślenicami – 50km
  2. las za Myślenicami – Leskowiec – 50km
  3. Leskowiec – Bielsko-Biała Straconka – 37km

Dotrzeć na początek Małego Szlaku Beskidzkiego

W piątek po pracy, dzięki uprzejmości Krzyśka – ratownika GOPR poznanego przez BlaBlaCar, dostaliśmy się do Mszany Dolnej. Tam, po przeczekaniu burzy i ulewy, udaliśmy się na przystanek busików jadących w kierunku Rabki. Z busa wysiedliśmy w Rabie Niżnej skąd ruszyliśmy 3,5 kilometrowym, niebieskim szlakiem na Luboń Wielki – szczyt, który w naszym przypadku był początkiem Małego Szlaku Beskidzkiego. Szło się lekko i przyjemnie, szlak wspinał się na szczyt i prowadził początkowo przez pole a potem lasem. Z jednego miejsca było nawet widać Tatry.

Z oddali było słychać odgłosy burzy. W trakcie marszu zaczęło padać. Po niecałej godzinie, lekko zmoknięci byliśmy na szczycie. Po ulewnym deszczu wszystko było mokre, stwierdziliśmy, że pierwszy nocleg spędzimy w schronisku PTTK na Luboniu Wielkim. Po zmroku i w lekkiej mgle budynek schroniska wyglądał jak z jakiejś powieści fantasy. Mokrzy ale uśmiechnięci wchodzimy do środka. Do siedzących w środku gospodarzy mówię „cześć”… odpowiada mi cisza i dziwne spojrzenia. Po chwili jeden z nich mówi „dzień dobry”. Nie zrażony chłodnym powitaniem chciałem zamówić dwie herbaty na co pan za barem powiedział, że bar jest już nie czynny i zapytał czemu tak późno przyszliśmy… ostatecznie udało się kupić herbatę i wynająć pokój. Dziwne to podejście, bardziej czułem się jak intruz niż turysta. Do tej pory myślałem, że takie rzeczy dzieją się tylko w schronisku PTTK w Bartnem a tu proszę, całe życie się człowiek uczy 😛 Wypiliśmy herbatę, zjedliśmy bułki z drogi i już koło 22:00 poszliśmy spać.

Dzień 1 – Początek wędrówki Małym Szlakiem Beskidzkim

Budzik miałem ustawiony na 5:30 jednak tuż po 4:00 obudziłem się wyspany. Dzięki tak wczesnej porze załapaliśmy się na piękny wschód słońca. Słońce leniwie wychylało się zza gór, podpalając na czerwono cały horyzont, w dolinach zalegały chmury tworząc bajeczny krajobraz.

Szybko spakowaliśmy plecaki, zjedliśmy śniadanie i przed 6:00 rano ruszyliśmy na szlak. Po wczorajszej ulewie zejście z Lubonia to była masakra. Chyba nie było by dużej różnicy jeśli zamiast butów biegowych miał bym na nogach łyżwy. Błotnisty szlak wymuszał powolny i ostrożny marsz, często od drzewa do drzewa, łapiąc się skał, korzeni i gałęzi. Po dłuższej chwili w końcu udaje się zejść do miejscowości Glisne i tutaj zaczyna się to co najbardziej nie podobało mi się na odcinku od Lubonia do Myślenic – asfalt. Szlak na tym odcinku często prowadzi wzdłuż dróg i przez miasta.

Gdzieś na polach między przełęczą Glisne a Mszaną Dolną oznakowanie szlaku jest na tyle nie czytelne, że tracimy orientację w terenie. W dodatku moja mapa w GPS pokazuje inny przebieg niż mapa w telefonie Łukasza. Idziemy ścieżką za wskazaniami mapy Łukasza i trafiamy na ścianę lasu… koniec ścieżki. Wracamy kilkadziesiąt metrów i idziemy za moim GPSem, po drodze nie ma jednak czerwonych znaków szlaku… trafiamy na kilka wypłowiałych znaków, tędy widocznie kiedyś prowadził szlak a w ostatnich latach zmieniono jego przebieg. Na szczęście po chwili trafiamy z powrotem na właściwą ścieżkę. Na pierwszym skrzyżowaniu w Mszanie, przy samym szlaku robimy przerwę przy sklepie spożywczym, uzupełniamy zapasy i ruszamy dalej, chodnikiem wzdłuż ruchliwej drogi. Marsz uprzykrza nam smród spalin z ciężarówek, autobusów i dziesiątek samochodów osobowych.

Tuż za Mszaną wchodzimy w pole i podążamy szlakiem w stronę szczytu Lubogoszcz. Przyjemna to odmiana po około 3 kilometrach asfaltu… Na szczycie Lubogoszcza są stoliki i ławki, korzystamy więc z okazji i robimy krótką przerwę. Wciągam mój podróżniczy klasyk – bułka z serem topionym i pomidorem. Nie cieszymy się zbyt długo leśną ścieżką, pasmo Lubogoszcza ma zaledwie 7 kilometrów długości i znowu trafiamy na asfaltową drogę, którą idziemy kolejne 2 kilometry w stronę Kasiny Wielkiej.

To jest bardzo ciepły dzień, zapasy wody szybko się kurczą. W Woli Skrzydlańskiej przed podejściem na górę Dzielec, po sprawdzeniu mapy, zdajemy sobie sprawę, że następne miejsce gdzie możemy kupić coś do picia to schronisko PTTK na Kudłaczach, czyli jakieś 15 kilometrów dalej. Ja miałem około pół litra wody, Łukasz jeszcze mniej, nie przejdziemy z taką ilością wody, co tu zrobić? Na domu przy szlaku widzę tabliczkę z napisem „sołtys”, tak to brzmi jak plan 🙂 Podchodzimy pod dom, w małym okienku widzę jakąś postać i pytam czy była by możliwość napełnienia naszych butelek wodą? Starszy, uśmiechnięty pan mówi, że nie ma problemu i zaprasza nas do środka. Napełniamy butelki przyjemnie zimną wodą, chwilę rozmawiamy o naszej wyprawie, żegnamy się i ruszamy dalej. Po drodze co chwilę mijamy uczestników biegu na orientację „Dusiołek” – może za rok weźmiemy udział?

Za Kasiną kończy się Beskid Wyspowy a zaczyna Makowski. Tutaj w końcu zaczyna się przyjemniejszy, nie przerywany asfaltem szlak, około 20 kilometrów marszu łąkami i lasami. Przed szczytem Lubomira, w miejscowości Węglówka, przy samym szlaku był czynny Gościniec pod Lubomirem, tutaj zrobiliśmy krótką przerwę na loda i coś zimnego do picia.

Podejście na szczyt nie było wymagające choć w wysokiej temperaturze szło się ciężko. Na samym szczycie znajduje się obserwatorium astronomiczne im. Tadeusza Banachiewicza. Tuż obok szczytu jest też punkt widokowy, z którego roztacza się piękna panorama. 

Przy schronisku PTTK na Kudłaczach
Przy schronisku PTTK na Kudłaczach

Jakieś pięć kilometrów dalej prawie przegapiamy schronisko PTTK na Kudłaczach. Tutaj znowu robimy krótką przerwę. Dalej już bez przerw lecimy w stronę Myślenic.

W mieście tym uzupełniamy zapasy na wieczór i kolejny dzień, ponieważ jutro jest wolna niedziela i nie jesteśmy pewni czy znajdziemy jakiś czynny sklep. Jest tutaj dużo różnych sklepów i restauracji. Robimy zakupy, trochę kręcimy się po centrum, w pizzerii „Wezuwiusz” jemy bardzo dobrą pizzę na cienkim, chrupiącym cieście. Z pełnymi brzuchami i lekko ociężali wracamy na szlak i uciekamy za miasto poszukać miejsca na nocleg. Przy samym szlaku, na skraju lasu, z widokiem na rozświetlone nocne Myślenice rozstawiamy tarpa i kładziemy się spać. Chyba jesteśmy dobrze zamaskowani bo tuż obok usiadła i nie zauważyła nas mocno nie trzeźwa młodzież 🙂 Na szczęście po chwili poszli a my zapadliśmy w sen.

Dzień 2 – Źle przespana noc

W nocy źle spałem, budziłem się kilka razy, przeszkadzały mi odgłosy miasta. Budzik był nastawiony na 5:30 ale już koło 5 rano wstaliśmy, po nocy byłem połamany i zmęczony, nie zregenerowałem się po wczorajszym marszu. Do tego bolało mnie lewe ścięgno achillesa. Znowu przywitał nas wschód słońca, był rześki poranek. Szybkie śniadanie, pakowanie plecaków i ruszamy w drogę. Tak jak pierwszego dnia dużo szliśmy asfaltem tak za Myślenicami zaczął się bardzo przyjemny szlak, rzadko przecinany asfaltowymi drogami. Właściwie dopiero od tego miejsca zaczął mi się podobać Mały Szlak Beskidzki. Idziemy pięknym lasem, jest chłodno ale bezwietrznie, idzie się dobrze. Mijamy kilka potencjalnych miejsc na nocleg – płaskie leśne polany, jedna nawet z ławkami i paleniskiem, a gdzieś za szczytem Babicy jest też drewniana wiata.

Szybkim marszem pokonujemy pasmo Babicy i idziemy w stronę wsi Palcza. Jest upalna niedziela, sklepy zamknięte a nam znowu kończy się woda. We wsi widzimy kogoś wchodzącego do domu. Postanawiamy zapytać o możliwość napełnienia butelek wodą. Gospodarz zgadza się bez najmniejszego problemu, pyta nas o naszą wędrówkę. Znowu nam się poszczęściło bo trafiliśmy do domu, w którym akurat byli goście z okazji komunii. Oprócz wody dostaliśmy też po talerzu ciasta 🙂 Pokrzepieni darmowymi kaloriami ruszyliśmy dalej.

Gdzieś w okolicach góry Chełm robimy krótką przerwę, po której ruszamy do Zembrzyc. Tutaj przy samym szlaku trafiamy na czynny bar „u Haczyka”. Nie przepuszczamy takiej okazji i zjadamy po lodzie w towarzystwie mocno nietrzeźwych lokalsów 🙂

Po przerwie szybko przecinamy centrum Zembrzyc i uciekamy w las. Mijamy się z innym wędrowcem, również robiącym Mały Szlak Beskidzki na lekko ale w przeciwnym kierunku. Śmiejemy się z Łukaszem, że to jest jedyna osoba, która nie była zdziwiona naszym planem na przejście tego szlaku w trzy dni. W tym miejscu opuszczamy Beskid Makowski i wchodzimy w Beskid Mały. Po drodze mijamy ciekawie zabudowane osady, lubię takie stare drewniane chaty.

Od dłuższego czasu idę ze słuchawkami na uszach, muzyka pozwala mi wpaść w rytm, wyłączyć głowę i przestać myśleć o bólu ścięgna. Kiedy robimy przerwy a po nich zaczynamy iść ból jest coraz silniejszy. Zaciskam zęby i idę dalej.

W Krzeszowie przy szlaku trafiamy na czynną pizzerię, pewnie się domyślacie co to dla nas znaczy? 🙂 Tak, robimy przerwę i zjadamy na pół dużą pizzę. W ostatnich promieniach słońca ruszamy dalej. Idzie nam się teraz całkiem dobrze i nawet szybciej niż do tej pory. Odcinek od Krzeszowa do schroniska PTTK na Leskowcu pokonujemy w nie całą godzinę. Na miejscu jesteśmy już po zmroku. Przy świetle czołówek szukamy wiaty, o której powiedział mi mój znajomy Damian z „na butach„, który przechodził ten szlak dosyć niedawno. Dzięki jego uprzejmości miałem na mapie zaznaczone kilka miejsc odpoczynku, sklepów i szałasów 🙂 Kręcąc się przy schronisku chyba zaniepokoiliśmy gospodynię bo wyjrzała przez okno i zapytała czego szukamy. Po krótkiej rozmowie powiedziała nam, że wiata jest ale nie koło schroniska a na szczycie Leskowca. Podziękowaliśmy za informację i ruszyliśmy dalej. Na szczęście szczyt jest oddalony od schronisko o około kilometr drogi. Na miejscu faktycznie była całkiem komfortowa wiata. Szybko przygotowaliśmy sobie legowiska i wskoczyliśmy do śpiworów. Do snu kołysał nas świszczący wiatr. Po przejściu tego dnia 52 kilometrach odpadłem bardzo szybko.

Dzień 3 – Prawie do końca

Nie wiem jak to jest ale znowu wstajemy przed budzikiem, jest koło 5:00 rano a ja jestem bardzo wyspany. Wyskakuję ze śpiwora i wychodzę przed wiatę. Podziwiam piękny wschód słońca, robię kilka zdjęć i ponaglany przez intensywny, zimny wiatr wracam do środka. Przebieram się do marszu, pakuję plecak i ruszamy. Noga boli jeszcze bardziej niż wczoraj. Już nawet muzyka na uszach niewiele pomaga, w trakcie marszu co jakiś czas przystaję na chwilę. Idziemy piękną ścieżką przez las, wspinając się powoli na szczyt Łamana Skała.

Tuż za szczytem schodzimy z czerwonego szlaku i za żółtymi znakami idziemy w stronę chatki studenckiej „pod Potrójną”. Mamy nadzieję, że ktoś tam urzęduje w poniedziałek o 7 rano i ugości nas ciepłą herbatą. Po chwili jesteśmy na miejscu a naszym oczom ukazuje się klimatyczna drewniana chata. Podchodzę do drzwi, łapię za klamkę i … zamknięte… Po chwilowej załamce obchodzę chatę i widzę, że stoi samochód a okno na piętrze jest otwarte. Wołam czy jest tam kto? Nikt nie odpowiada. Siadamy przy stoliku przed chatą i już mam wyciągać z plecaka coś na śniadanie kiedy za plecami słyszę coś w stylu „kto się tak dobija?”.

Witamy się z chatkowym i już po chwili siedzimy w kuchni a na gazie gotuje się woda na herbatę. Spędzamy tutaj dłuższą chwilę, jemy śniadanie, ściągam buty żeby dać odpocząć stopom. Najedzeni i napojeni dziękujemy za gościnność i ruszamy w dalszą drogę. Po krótkim marszu wracamy na czerwony szlak. Z powodu bólu nogi kolejną przerwę robimy niedaleko bo już w karczmie na przełęczy Kocierskiej. Dobrze mieć ze sobą podobnie skrzywionego jak ja kompana, który na pytanie czy jemy lody odpowiada „namówiłeś mnie” 🙂

Dwóch wariatów na szlaku - przerwa w karczmie na przełęczy Kocierskiej
Dwóch wariatów na szlaku – przerwa w karczmie na przełęczy Kocierskiej

Od tego miejsca dla mnie zaczyna się walka z głową i bólem nogi. Głowa mówi iść, noga mówi stać. Muzyka już w ogóle nie pomaga. W głowie mam emocjonalny koktajl, ciągle rozważam czy iść dalej mimo bólu czy skończyć marsz  na górze Żar albo w Porąbce na zaporze. Odcinek od przełęczy Kocierskiej do góry Żar zajmuje mi sporo czasu. Co kilkanaście metrów przystaję na chwilę.

Po dłuższym czasie docieramy na górę Żar. Robimy przerwę w tutejszej pizzerii… tak tak zamawiamy pizzę 🙂 Siedzę w restauracji bez butów, daję stopie odpocząć. Nie wiem czy to za sprawą ciepłego posiłku czy krótkiej przerwy noga przestaje boleć a przynajmniej tak mi się wtedy wydaje. Schodzimy szybkim marszem w stronę zapory w Porąbce. Po drodze znowu noga się odzywa, boli coraz bardziej, ciężko mi się idzie. Decyzja o rezygnacji z dalszego marszu, kiedy do końca Małego Szlaku Beskidzkiego mam tylko 16 kilometrów, przychodzi mi bardzo ciężko, łapię doła 🙁 Na zaporze robimy sobie ostatnie wspólne zdjęcie, oddaje Łukaszowi zapas wody, żegnamy się i ruszamy w przeciwnych kierunkach. Łukasz leci dalej szlakiem a ja zaczynam mission impossible czyli próbuję złapać autostopa. Moja broda zapewnia mi trochę ochrony przed zimnem i palącym słońcem ale na pewno nie ułatwia zatrzymania samochodu 🙂

Po dosyć niedługim czasie udaje się! Zatrzymuje się inny brodacz i zabiera mnie autem do Żywca. Tyle wygrać! Kiedy dojeżdżamy do miasta, żegnam się z moim dobrodziejem i kulejąc ruszam w stronę dworca PKP. Oczywiście powrót do domu nie mógł się obyć bez problemów. Na trasie Żywiec – Bielsko-Biała kursuje autobusowa komunikacja zastępcza. Bus z 40 minutowym opóźnieniem rusza z pod dworca i jedziemy na dworzec w Bielsku. Drogę przesypiam. Kiedy jesteśmy na miejscu wsiadam w pociąg do Katowic i po chwili ruszamy. Kilka minut później dostaję od Łukasza wiadomość ze zdjęciem z tabliczką z końca szlaku.

Mały Szlak Beskidzki na lekko - koniec szlaku w Bielsku-Białej Straconce
Mały Szlak Beskidzki na lekko – koniec szlaku w Bielsku-Białej Straconce

Mały Szlak Beskidzki na lekko – podsumowanie

Szlak ten jest odpowiedni dla piechurów o różnym doświadczeniu i kondycji. Można go podzielić na 2, 3, 4 a nawet więcej dni bez problemu znajdując po drodze kwatery, miejsca pod namiot, szałasy i inne miejsca na nocleg. Nie ma problemu ze zrobieniem zakupów – minimum raz dziennie trafi się jakiś sklep czy restauracja. Jest to dobry szlak do rozpoczęcia przygody z dłuższym, kilkudniowym wędrowaniem. W razie czego praktycznie z każdego miejsca można szybko zejść do „cywilizacji” i złapać transport do Krakowa, Żywca czy Bielska-Białej. Kierunek przejścia nie ma dużego znaczenia, my wybraliśmy drogę z Lubonia do Bielska bo w trasie, jeśli to możliwe, lubię iść w kierunku domu 🙂

Był to już trzeci mój wypad na lekko (czyli w stylu light&fast) i muszę stwierdzić, że jest to coś co mnie kręci 🙂 Przemierzanie długich szlaków z lekkim plecakiem daje mi możliwość zobaczenia w krótkim czasie wielu ciekawych miejsc. Tym razem z powodu kontuzji nie ukończyłem całego szlaku. W domu dokładnie obejrzałem stopę i but. Wychodzi na to, że to zapiętek uciskał mi ścięgno tuż powyżej pięty. Pewnie na krótszym dystansie nie było by problemu ale robiąc dziennie około sto tysięcy kroków stopa miała dosyć. Na brakujący fragment szlaku od zapory w Porąbce, przez Hrobaczą Łąkę do Bielska-Białej Straconki wrócę pewnie niedługo. Może biegowo? W końcu zostało mi tylko 16 kilometrów. A może zimą przejdę cały szlak jeszcze raz? Kto wie 🙂

2 odpowiedzi

  1. Avatar
    Piotr

    Robiłem ten szlak kilka lat temu. 3,5 dnia zajadłego heblowania z cholernie przeciążonym plecakiem – ot, czasy, gdy lajtowanie sprzętu uważałem za fanaberie 😀 Podejścia pod Uklękną i pod Lubogoszcz pozostaną na długo w mej pamięci 🙂

    • Kuba
      Kuba

      O tak… Lubogoszcz podchodziłem w upale 🙂 Jeszcze dwa lata temu mówiłem, że mi ultralight nie wychodzi i śmigałem z plecakiem +-20kg 😛
      Swoją drogą Mały Szlak Beskidzki chcę dokończyć… a może przejść jeszcze raz? Może zimą? Zobaczymy co czas przyniesie 🙂
      pozdrawiam

Skomentuj

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.