Na Pośredniej Turni z widokiem na Świnicę

Kurs zimowej turystyki wysokogórskiej

wpis w: Kurs, Wyprawy, Zdjęcia | 0

Przez ostatnich kilka lat wędrowałem głównie po Beskidach i górach Słowacji czy Norwegii. Każda pora roku i warunki atmosferyczne, od upałów po śnieżyce, mgły czy ulewy były dla mnie dobre. Chodząc po szlakach, z których widać było Tatry, myślałem sobie, że „kiedyś” znowu tam pojadę. „Znowu” bo znam te góry dosyć dobrze z rodzinnych wędrówek w dzieciństwie. Zimowych Tatr w ogóle nie brałem pod uwagę. Myślałem, że to nie dla mnie a to głównie za sprawą braku wysokogórskiego sprzętu jak i silnego lęku wysokości i ekspozycji. Tak… chodzę po górach i mam lęk wysokości 🙂

W tym roku zacząłem pracę nad oswojeniem tych lęków, od jakiegoś czasu chodzę na ściankę wspinaczkową, która pozwala mi się oswoić z wysokością, zaufać linie i poznać wspinaczkowy sprzęt. Kolejnym krokiem jaki postanowiłem podjąć był zimowy wypad w Tatry. Po tym jak umówiony ze znajomymi wypad nie wypalił, nie myśląc długo poszukałem kursu zimowej turystyki wysokogórskiej, na którym pod okiem instruktora mógł bym poznać niezbędne techniki i sprzęt do bezpiecznego zimowego wędrowania po Tatrach. Po przejrzeniu dostępnych ofert wybór padł na FreeClimbing – Szkoła Wspinania. Po krótkiej korespondencji z Rafałem – instruktorem PZA i właścicielem tej szkoły, wpłaciłem zaliczkę i zacząłem przygotowywać się sprzętowo i mentalnie 🙂 Praktycznie cały niezbędny zimowy ekwipunek miałem, to co mi brakowało czyli sprzęt wspinaczkowy był zapewniony przez organizatora.

Kurs zimowej turystyki wysokogórskiej – relacja

Kurs miał się odbyć w okolicach schroniska Murowaniec w polskich Tatrach. Z Katowic do Zakopanego dostałem się korzystając z usług PolskiBus.com. Komfortowe warunki i atrakcyjna cena biletu (33zł) sprawiły, że podróż minęła szybko i przyjemnie. Na miejscu byłem około 7:15, kurs miał się zacząć o 13:00 tak więc wolny czas postanowiłem wykorzystać na krótką wędrówkę po górach.

Dzień 1

W Zakopanem powitał mnie mroźny poranek. Z dworca skierowałem się prosto na Krupówki gdzie miałem zamiar napić się ciepłej kawy i kupić coś do jedzenia. O tak wczesnej porze wszystko było pozamykane… plus tego był taki, że Krupówki były puste, zero ludzi, fajnie się szło. Jedyne co było czynne to „restauracja” z pod znaku „złotych łuków”. Szybka kawa, zakupy w sklepie po drugiej stronie ulicy i ruszam dalej. Po chwili jestem w okolicach Wielkiej Krokwii, dalej nie ma turystów za to sprzedawcy leniwie rozkładają swoje stoiska z drewnianymi ciupagami, jedynymi oryginalnymi oscypkami i innym badziewiem. Mijam ich szybko i uciekam w kierunku granicy lasu na „drogę pod Reglami”.

Jest ślisko tak więc zakładam raczki, rozkładam kije i ruszam żwawo w kierunku wejścia do Doliny Białego – jednej z moich ulubionych tatrzańskich dolin. W kasie TPN kupuję za 5zł bilet wstępu i wchodzę na szlak. Jest fantastycznie! Pełno śniegu, cisza, spokój, zero ludzi. Jestem sam i rozkoszuję się tym. Bez pośpiechu spaceruję doliną, kilkukrotnie przecinając płynący tutaj Biały Potok.

Po drodze mijam wylot ze starej sztolni uranu. W między czasie odbieram telefon od taty, który dzwoni zapytać czy jednak pojechałem… jednak bo od wczoraj męczy mnie przeziębienie. Tuż przed wyjazdem pożyczyłem od niego gogle narciarskie i ciepłe rękawice, wtedy jeszcze nie wiedziałem, że te rękawice uratują moje dłonie następnego dnia 🙂 Dochodzę do Drogi nad Reglami i ruszam w stronę Kalatówek.

Po wejściu na szlak prowadzący do Kuźnic zderzam się z rzeczywistością – tłumy ludzi. Docieram do dolnej stacji kolejki linowej na Kasprowy Wierch… masakra. Setki ludzi, trąbiące samochody, na oko ponad 1000 osób stojących w kolejce do kolejki… Szybko wskakuję w busika i jadę do ronda na początku doliny. Przesiadam się na busa do Murzasichle i po dłuższej chwili wysiadam pod ośrodkiem „Leśna Cisza„, w którym ma się odbyć pierwszy dzień kursu. Okazuje się, że jestem pierwszy, do spotkania jeszcze nie cała godzina tak więc ucinam drzemkę w ciepłym łóżku.

Po 13:00 zaczynają się pojawiać pozostali uczestnicy i instruktor. Szybko się zapoznajemy, każdy opowiada coś o sobie i swoim górskim doświadczeniu. Na obiad mamy pyszne pierogi z oscypkiem, świeżo przygotowane przez gospodynię. Zrelaksowany i z pełnym brzuchem siadam na sali gdzie zaczynamy zajęcia.

W pierwszej kolejności teoria – zapoznajemy się między innymi z informacjami dotyczącymi przeobrażeń śniegu, wpływu pogody, temperatury, wiatru i nachylenia terenu na powstawanie lawin. Poznajemy lawinowe ABC czyli detektor lawinowy, sondę i łopatę śniegową.

Przechodzimy do części praktycznej. Wychodzimy na zewnątrz gdzie Rafał pokazuje nam jak obsługiwać detektor lawinowy. W ramach ćwiczeń przy użyciu zestawu szukamy i odkopujemy „zasypany przez lawinę” plecak 🙂 Okazuje się, że nie jest to takie proste jak by się wydawało. Po chwili wracamy do ośrodka gdzie poznajemy i ćwiczymy cztery niezbędne węzły: znaną mi ze ścianki wspinaczkowej „ósemkę”, kluczkę, wyblinkę i półwyblinkę. Zawiązujemy je w różnych konfiguracjach, dwiema i jedną ręką. Na koniec uczymy się prawidłowego zwijania i zabezpieczania liny.

Jestem zmęczony tak więc po kolacji przygotowuję rzeczy na jutro i idę spać.

Dzień 2

Wstajemy dosyć wcześnie, jem moje ulubione wyprawowe śniadanie i ruszamy w drogę. Autami dojeżdżamy do wejścia do Doliny Suchej Wody i ruszamy na szlak. Jest mgliście ale idzie się bardzo przyjemnie. Po około 1,5 godziny docieramy do schroniska Murowaniec. Okazuje się, że do naszego pokoju możemy wejść dopiero po 14 tak więc nie tracimy czasu i ruszamy do Betlejemki – siedziby Polskie Związku Alpinizmu. Na miejscu zostawiamy nadbagaż a Rafał wydaje nam niezbędny sprzęt: raki, czekany, kaski, uprzęże, liny itp. Obładowani ruszamy szlakiem nad Czarny Staw Gąsienicowy. Idziemy we mgle, widoczność jest bardzo ograniczona, klimat niesamowity. Idziemy po zamarzniętym i pokrytym śniegiem stawie. Moje buty, które świetnie sprawdzają się na górskich szlakach, w zimowych Tatrach ledwo dają radę… kiedy dłużej stoimy w miejscu stopy mi zamarzają 🙂 Na drugim brzegu zrzucamy plecaki i zakładamy uprzęże i raki. Po krótkim instruktażu jak się w nich poruszać idziemy kawałek dalej w stronę skał.

Tutaj wiążemy się liną w dwa trzyosobowe zespoły i w asyście Rafała ruszamy pod górę. Poznajemy technikę asekuracji lotnej. Pierwsza idąca osoba, wykorzystując posiadany sprzęt czyli taśmy i ekspresy, zakłada punkty asekuracyjne. Druga na linie osoba (w tym wypadku ja) podąża za pierwszą, przepinając na karabinkach linę. Bardzo przydają mi się tutaj pożyczone rękawice. Jest zimno, idę praktycznie na kolanach, na rękach mam dwie pary rękawic – trochę trudności sprawia mi odkręcanie i zakręcanie karabinków ale szybko nabieram w tym wprawy. Ostatnia osoba na linie zbiera sprzęt z punktów asekuracyjnych. W pewnym momencie, kiedy przekładam nogi nad liną, przed oczami wybuchają mi gwiazdy a prawa łydka zaczyna boleśnie palić… tak oto wbiłem sobie ząb raka w nogę 🙂

Dochodzimy do miejsca, w którym wszyscy trzej możemy bezpiecznie wpiąć się w skałę i ruszamy dalej. Tutaj zmieniamy kolejność i teraz prowadzi ta osoba, która wchodziła jako ostatnia. Bardzo podoba mi się taka forma wspinaczki. Po chwili jesteśmy już na końcu tego podejścia. Odwiązujemy się od liny, zwijamy sprzęt i czekamy na drugą ekipę.

Kiedy jesteśmy w komplecie ruszamy na pobliskie zbocze, gdzie będziemy ćwiczyć zjazdy z hamowaniem czekanem. Rafał tłumaczy nam i pokazuje jak to prawidłowo wykonać. Wszyscy kilkukrotnie zjeżdżamy po zboczu w różnych wariantach – na brzuchu, na plecach, głową w górę i w dół. I tutaj znowu przekonuję się, że nie jest to takie proste jak by się mogło wydawać. Zjeżdża się dosyć szybko, czasu na zahamowanie jest bardzo mało bo tylko około 2 sekund, śnieg zasypuje twarz i wpada pod kurtkę.

 

To było ostatnie ćwiczenie tego dnia. Schodzimy z powrotem nad staw, pakujemy sprzęty do plecaków i ruszamy do schroniska. Dalej utrzymuje się gęsta mgła, powoli robi się ciemno. W dobrych humorach wracamy do schroniska. Na kolację zjadam frytki i szarlotkę 🙂 Nie był to szczególnie intensywny dzień ale mimo tego jestem zmęczony. Chwilę siedzę z chłopakami i lecę do pokoju spać.

Nad Czarnym Stawem Gąsienicowym (1620 m n.p.m.)
Nad Czarnym Stawem Gąsienicowym (1620 m n.p.m.)

 

Dzień 3

Wstajemy rano, jemy śniadanie, pakujemy sprzęty i wychodzimy przed schronisko. Tego dnia mamy się wybrać na Świnicę przy okazji testując w praktyce to czego się nauczyliśmy przez poprzednie dni. Pogoda jest wręcz wymarzona – jest bezwietrznie, bezchmurne niebo a na nim pięknie świeci słońce. Termometr pokazuje -10°C. Warunki idealne.

Żeby nie tracić półtorej godziny na podejście na Kasprowy Wierch i mieć więcej czasu na grani, korzystamy z wyciągu. Pod nami śmigają na nartach i deskach. Po krótkiej i przyjemniej jeździe wyciągiem wysiadamy na Kasprowym. Tutaj zakładamy uprzęże, raki, kaski i bierzemy czekany. Mijając ludzi w dresach, adidasach i kozaczkach idziemy czerwonym szlakiem w stronę Beskidu.

Do tego miejsca szedłem już na lekko miękkich nogach ale strome zejście z Beskidu uruchomiło mój lęk wysokości 🙂 W trakcie zejścia byłem przyklejony do skały, stawiałem małe kroczki, wspierałem się na czekanie, ślizgałem w rakach. Moja ekipa czekała już na dole, z góry chcieli schodzić ludzie, zrobił się mały korek 🙂 W końcu zszedłem na dół i ruszyliśmy w stronę Skrajnej Turni. Widoki były niesamowite! Jednak strome zbocza, przestrzeń dookoła i wysokość nie do końca pozwalały mi cieszyć się tym co widziałem. Czułem jak narasta we mnie strach i lęk… szedłem coraz wolniej, więcej uwagi poświęcając temu gdzie stawiam stopy. Gdzieś pomiędzy Skrajną i Pośrednią Turnią pytam Rafała czy „to” przed nami to Świnica? Rafał potwierdza na co ja odpowiadam „ja tam nie idę”.

Wchodząc na Pośrednia Turnię jestem już mocno spocony, bynajmniej od wysiłku. Nogi mam jak z waty, brzuch mnie boli, serce wali jak szalone. Mówię do chłopaków, że dalej nie idę, że stąd wrócę do schroniska.

Na Pośredniej Turni z widokiem na Świnicę
Na Pośredniej Turni z widokiem na Świnicę

To, że pomimo silnego lęku, dotarłem zimą na wysokość 2128m n.p.m. to dla mnie ogromny sukces. Nigdy w życiu nie byłem zimą wyżej, a latem tylko raz… na Świnicy… w dzieciństwie 🙂

Świnicę mam na wyciągnięcie ręki, stąd gdzie jestem widzę dokładnie szlak wiodący na szczyt. Podjęcie decyzji o odwrocie nie jest łatwe ale czuję, że w obecnym stanie to jedyna słuszna opcja. Rezygnuję żeby móc tu kiedyś wrócić. Mocno przesunąłem swoją granicę ale trafiłem na kolejną. Przyjmuję to – mam nad czym pracować. Nie jest łatwo opisać co tam czułem ale była to mieszanka strachu, lęku i trochę porażki.

Odwlekam moment powrotu, piję ciepłą herbatę, robię kilka zdjęć. Staram się chłonąć to co widzę, cieszę się słońcem. Próbuję uspokoić oddech i bijące serce. Po chwili zakładam plecak i wspierając się na czekanie ruszam na szlak. Po drodze mijam kilka ekip idących na Świnicę, nic dziwnego bo warunki są dalej idealne. Co chwilę ktoś pyta „jak było na Świnicy”…

Przede mną już tylko strome wejście na Beskid. Wbijam czekan, noga, noga, podpieram się ręką i tak kilkanaście razy. Po chwili jestem na szczycie. Obwieszony sprzętem muszę wyglądać bardzo „PRO”, ktoś pyta „jak było na Świnicy PROSZĘ PANA?” 🙂 Po krótkiej rozmowie idę w stronę Kasprowego. Znowu mijam ludzi w dresach, butach sportowych, z eleganckimi torebkami, spacerujące rodziny. Gdzieś z boku słyszę „zobacz synu, tak się chodzi po Tatrach” 🙂 W minimalnie lepszym nastroju ruszam szlakiem z Kasprowego w stronę Murowańca. Szlak jest dobrze utrzymany, szeroki, idę pewnie, szybko wytracając wysokość.

Na dnie doliny robię jeszcze kilka zdjęć pięknie kontrastujących na tle nieba Kościelca i Żółtej Turni. Chwilę później jestem w schronisku. Wciągam frytki i kawę. Reszta dnia mija mi na rozmowach i odpoczynku. Dużo tego dnia nie przeszedłem a mimo to jestem zmęczony bardziej niż po 30km w Beskidach.

Dzień 4

To już ostatni dzień kursu. Wstajemy wcześniej, tak żeby uniknąć tłoku w miejscu gdzie miały odbyć się ćwiczenia. Dzisiaj mamy poznać metody zakładania stanowisk w śniegu, autoasekuracji i wyciągania kogoś ze szczeliny lodowej.

Jesteśmy na niewysokiej górce o dosyć stromym, wysokim na około 12 metrów zboczu. W pierwszej kolejności Rafał pokazuje nam „grzyba śnieżnego” czyli stanowisko zrobione z „rowka” w śniegu. W pierwszej chwili nie wierzyłem, że to może działać i być bezpieczne ale okazało się, że zmrożony śnieg jest twardy jak beton i daje solidny punkt zaczepienia liny. Przy okazji poznajemy dwa kolejne węzły – „bloker” i znany mi wcześniej „prusik”. W uprzężach, instruowani przez Rafała wpinamy się w liny i przy użyciu posiadanego sprzętu zjeżdżamy kilkukrotnie na dół zbocza. Świetna zabawa, znowu mam pełne gacie 🙂

Drugą przećwiczoną techniką było wyciąganie kogoś kto wpadł w szczelinę lodową. Rolę szczeliny odegrało zbocze a my nauczyliśmy się jak w sytuacji kiedy jesteśmy w trzy osoby związani liną, wyhamować upadek jednej z osób a następnie, przy użyciu lin wyciągnąć tę osobę. Przy tej okazji poznaliśmy też stanowisko z czekana zakopanego w odpowiedni sposób w śniegu.

Ekipa w pełnym składzie - zdjęcie na zakończenie kursu
Od lewej, tylny rząd: Wojtek, Rafał(instruktor), Jacek, Maciek, Radek. Przedni rząd: ja i Przemek

I tak oto dotarliśmy do końca kursu. Skończyliśmy w idealnym momencie bo na miejscu pojawiały się kolejne ekipy kursowe i zaczął się robić tłok. Pozbieraliśmy wszystkie sprzęty, zanieśliśmy je do Betlejemki, pożegnaliśmy się z Rafałem i ruszyliśmy szlakiem w kierunku samochodów.

Te cztery dni zleciały mi błyskawicznie. Poznałem fajnych ludzi, lepiej poznałem siebie, dużo się nauczyłem.

Dziękuję uczestnikom kursu za spędzony razem czas i dobre towarzystwo a Rafałowi za przekazaną wiedzą i umiejętności.

Jeśli tak jak ja chcesz zacząć przygodę z zimową turystyką wysokogórską to taki kurs jest świetnym pomysłem. Rafał jest dobrym instruktorem, cierpliwie wszystko tłumaczył a jego szkołę zdecydowanie mogę polecić. Kto wie… może znowu się z nim spotkam, wiosną, na kursie skałkowym 🙂

Skomentuj

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.