Karkonoski Park Narodowy

Karkonoski Park Narodowy

wpis w: Wyprawy, Zdjęcia | 1

W drugi weekend grudnia miałem jechać na „survival test” do Łukasza Tuleja. Wszystko było już załatwione, czekałem jak na szpilkach, aż tu nagle dwa dni przed planowanym wyjazdem dostałem maila – test odwołany 🙁 Nie przejmując się zbytnio, w końcu często zmieniam plany, rozesłałem po znajomych wiadomość. Odpowiedział mój kumpel Radek, z którym znam się z Kursu zimowej turystyki wysokogórskiej. Po kilku wymienionych zdaniach i rozważonych okolicach (m.in. Tatry, Bieszczady, Mała lub Wielka Fatra, Izery itp.), ostatecznie decydujemy się odwiedzić Karkonoski Park Narodowy. Nigdy nie byłem w tym paśmie, Radek zna je całkiem dobrze, tak więc to on tym razem został organizatorem i przewodnikiem. Ustaliliśmy, że idziemy na lekko a spać będziemy w schroniskach. Zrobiłem zapasy żywnościowe na trasę, spakowałem plecak i w piątek o 5:50 ruszyłem pociągiem do Wrocławia.

Dzień 1 – Ahoj przygodo 😛

Przed 8:00 jestem na dworcu we Wrocławiu. Prawie od razu spotykam Radka, kupujemy coś ciepłego do picia na drogę i idziemy do auta. Ruszamy w stronę Jeleniej-Góry a dokładniej jej dzielnicy Jagniątków. Zostawiamy auto na parkingu i po chwili ruszamy na szlak. Jest chłodno, mgliście i lekko kropi deszcz czyli jak to mówimy „pogoda marszowa”.

Jestem w tych górach pierwszy raz, od razu zwraca moją uwagę inny niż znany mi z Beskidów krajobraz. Powoli nabieramy wysokości, robi się coraz chłodniej i nasila się opad deszczu. Czas mija nam na rozmowach o wyprawach i turystyczny planach. Idziemy początkowo niebieskim szlakiem Jagniątków – Rozdroże pod Śmielcem a dalej zielonym w stronę schroniska pod Łabskim Szczytem. Po drodze mieliśmy zobaczyć Śnieżne Kotły. Tak… mieliśmy zobaczyć… jest taka mgła, że nic nie widać. W tym miejscu deszcz pada już na tyle intensywnie, że chowam do plecaka aparat. Mijamy zamarznięte Śnieżna Stawki i po niecałych 10km marszu docieramy do schroniska. Robimy krótką przerwę na herbatę i ruszamy dalej.

Po opuszczeniu ciepłego schroniska jeszcze bardziej odczuwam zimny wiatr. Wchodzimy na bardzo oblodzony żółty szlak w kierunku głównej grani. U góry konkretnie wieje a widoczność ograniczona jest przez mgłę do kilkunastu metrów. Koło ledwie widocznej wieży radiowo-telewizyjnej przechodzimy na czeską stronę Karkonoszy. Gdzieś po drodze przegapiamy moment, w którym należało by przebrać się z softshellowych ciuchów w przeciwdeszczowe. Połączenie deszczu i wiatru sprawia, że jesteśmy przemoczeniu do majtek i zmarznięci. Szukamy osłoniętego od wiatru miejsca żeby się przebrać. Po chwili docieramy pod majaczącą we mgle sylwetkę paskudnego górskiego kolosa – hotelu górskiego Labská bouda. Chowamy się w zadaszonym składzie drewna. Dłonie mam tak skostniałe, że buty udaje mi się rozwiązać przy pomocy scyzoryka. Trzęsąc się z zimna ściągam z siebie przemoczone spodnie i wiatrówkę. Zakładam kalesony, spodnie przeciwdeszczowe, kurtkę, ciepłe rękawice i raczki. Rozgrzewamy się ciepłą herbatą z termosów i nie tracąc czasu ruszamy dalej. Po drodze mijamy ledwo widoczny we mgle Pančavský vodopád – wodospad, który chętnie kiedyś zobaczę w bardziej sprzyjających okolicznościach. Dalej, nie zwracając uwagi na kolory szlaków, podążam za Radkiem. Jest ciemno, zimno, pada deszcz i wieje nie przyjemny wiatr. Już po zmroku, przy świetle czołówek i witani pokazem fajerwerków docieramy na kwaterę w miejscowości Labská. W pokoju szybko rozwieszamy przemoczone ciuchy i lecimy zjeść ciepłą kolację. Zamawiamy, najlepszy jaki w życiu jadłem, smażony ser z frytkami i kofolą 🙂 Po kolacji schodzę do recepcji i z miłą Czeszką trochę na migi dogaduję się, że potrzebujemy wysuszyć ubrania. Na szczęście mają tutaj suszarkę bębnową! Oddajemy do suszenia wszystkie mokre ciuchy i dosyć wcześnie kładziemy się spać.

Dzień 2 – Hu hu ha zima fajna

Wstaję rano całkiem dobrze wyspany. Odbieram wysuszone ubrania, robimy na śniadanie owsiankę mocy, napełniamy termosy i ruszamy w dalszą drogę. Dzisiaj jest wyraźnie chłodniej niż wczoraj. Dla mnie to dobrze, wolę maszerować jak jest chłodno. Obchodzimy zalew, przechodzimy przez zabytkową zaporę i idziemy szlakiem w stronę miejscowości Špindlerův Mlýn. Po drodze trafiamy na mały sklep gdzie kupuję standardowy Czesko-Słowacki zestaw turystyczny – kofola, lentilki i czekolada studencka.

W momencie kiedy opuszczamy miasteczko zaczyna prószyć śnieg. Ze szlaku podziwiamy zamgloną sylwetkę szczytu Stoh (1315 m n.p.m.). Krok za krokiem idziemy czerwonym szlakiem. Jesteśmy coraz wyżej, opady śniegu się nasilają, tak samo jak siła wiatru.

Kiedy wychodzimy ponad granicę lasu otula nas mgła, znowu nie ma widoków ale ja lubię taki klimat. Za sprawą coraz silniejszego wiatru mocno spada odczuwalna temperatura. Schowany za kosodrzewiną zakładam pod kurtkę polar. W tym momencie postanawiam przetestować jak sprawdzą się w takich warunkach gogle. Dostałem je od mojego ojca w styczniu, kiedy wybierałem się pierwszy raz zimą w Tatry. Mają brązowe szkła i w Tatrach w słonecznej pogodzie się nie sprawdziły, odbite od śniegu światło słoneczne mnie oślepiało.

Gogle narciarskie to dobra ochrona przed zacinającym śniegiem
Gogle narciarskie to dobra ochrona przed zacinającym śniegiem

Idealnie za to się spisały tutaj we mgle i przy silnym wietrze. Bardzo poprawiły mi komfort marszu, zabezpieczały oczy i sporą część twarzy przed zacinającym śniegiem, dużo lepiej w nich widziałem. Po tym wypadzie zostały dopisane do stałej listy zimowego ekwipunku 🙂

Po drodze zrobiliśmy jeszcze krótką przerwę na łyka herbaty i trochę czekoladowych kalorii. Kiedy wyszliśmy powyżej 1400m n.p.m. okazało się, że szlak jest całkowicie oblodzony. Szybko założyliśmy raczki, bez których ten wypad byłby bardzo trudny, po czym ruszyliśmy dalej. Dzięki takiemu uzbrojeniu butów idzie się bardzo pewnie, śnieg czy lód nie robi to różnicy. Po krótkiej chwili docieramy do schroniska Luční Bouda, tutaj robimy przerwę. Zamawiam herbatę owocową, która okazuj się bardzo dobra, nie wiem co dokładnie jest w składzie ale szklanka pełna jest różnych owoców.

Po opuszczeniu schroniska, podążając za żółtym szlakiem, przechodzimy na Polską stronę Karkonoszy. Dalej kawałek czerwonym i następnie niebieskim szlakiem schodzimy do schroniska Samotnia. Mgła na chwilę się przerzedza i widać Mały Staw i jego kocioł. Wracamy do skrzyżowania szlaków przy schronisku Strzecha Akademicka i dalej idziemy szlakiem żółtym. Dochodzimy do Białego Jaru gdzie zamarzł rozlany Złoty Potok. Nie mamy założonych raczków tak więc bardzo ostrożnie przecinamy go i po chwili jesteśmy na czarnym szlaku w stronę Przełęczy pod Śnieżką. Znowu jest bardzo mgliście, do tego dochodzi bardzo silny wiatr. Planowaliśmy jeszcze tego dnia wejść na Śnieżkę ale wieje tak mocno, że ciężko jest ustać. Prognozy zapowiadają wiatr o prędkości 90km/h. Rezygnujemy z tej części planu i idziemy prosto do schroniska Dom Śląski. W odróżnieniu od Czeskich schronisk czy choćby Samotni, tutaj w ogóle nie ma klimatu, pełno jest pijanych, głośnych „turystów”. Plusem wymagających warunków na zewnątrz jest to, że nie wszystkie osoby, które zrobiły rezerwację, dotarły do schroniska. Udaje nam się dostać pokój. Działamy według sprawdzonego schematu – rozwieszamy mokry sprzęt i schodzimy na kolację. Mając ciągle w pamięci smak wczorajszej kolacji zamawiam smażony ser. Tutaj dla odmiany dostaję najgorszą w życiu wersję tego dania i to w wyższej niż w Czechach cenie. Trudno…

Po kolacji wychodzimy na zewnątrz zobaczyć jaka jest pogoda. Wieje okrutnie mocno, podmuch wiatru spycha mnie ze schodów, mam problem wejść z powrotem do schroniska. Utwierdzam się w przekonaniu, że Śnieżka tego dnia nie była by dobrym pomysłem. Po powrocie do pokoju ustawiamy budziki na 5:00 rano i kładziemy się spać. Za oknem szaleje wichura a ja długo nie mogę zasnąć…

Dzień 3 – Przyszła zima biała…

Wstajemy, za oknem ciemno i szaleje wichura. Szybko przystępujemy do porannej rutyny – pakujemy plecaki, jemy śniadanie i napełniamy termosy. Zakładam na siebie ciepłe ciuchy, dwie czapki, dwie pary rękawic, raczki, gogle i czołówkę. Trochę przed 6:00 rano opuszczamy schronisko. Jest całkowicie ciemno, wieje bardzo silny wiatr, przez noc napadało sporo śniegu, w ciągu kilku sekund robi mi się bardzo zimno. Gogle znowu ratują sytuację, z pod ubrań wystaje mi tylko nos, w który boleśnie kłuje zmrożony śnieg. Ruszam po śladach Radka, w świetle czołówki widzę tylko jego buty i rozświetlony mały krąg na śniegu. Idziemy czerwonym szlakiem, czasem po kostki a czasem po kolana w śniegu.

Po niecałych 5km dosyć forsownego marszu docieramy do skały „Słonecznik”. Jest już na tyle jasno, że robimy pierwsze tego dnia zdjęcia. Szlak jest zasypany i nie przetarty. Po kolejnych kilku kilometrach docieramy pod schronisko Odrodzenie. Schronisko jest pełne, udaje nam się jednak znaleźć wolne miejsce w jadalni i robimy przerwę na drugie śniadanie.

Po przerwie ruszamy czerwonym szlakiem do przełęczy Karkonoskiej i dalej do skrzyżowania szlaków „U Petrovy Boudy”. Tutaj zmieniamy szlak na czarny w stronę Jagniątkowa. Mgła się przerzedza i naszym oczom ukazuje się bajeczny, zimowy krajobraz. To niesamowite ile śniegu napadało przez noc. Idziemy szlakiem wytracając wysokość. Powoli śniegu jest coraz mniej. Krajobraz zmienia się z zimowego w jesienny.

Na wysokości skrzyżowania z żółtym szlakiem skręcamy w lewo w leśną drogę. Spotkaną po drodze Panią pytam o możliwość przekroczenia rzeki, którą widać w dole. Kierowani wskazówkami odnajdujemy mostek na rzece Wrzosówka i po kilkuset metrach jesteśmy z powrotem na parkingu przy aucie. Kolejna górska przygoda zakończona.

Karkonoski Park Narodowy – podsumowanie

Sudety są mi bardzo słabo znane. Do tej pory liznąłem tylko krótkie, kilku kilometrowe odcinki szlaków w Górach Izerskich i Sowich. Dlatego kiedy pojawiła się możliwość odwiedzenia Karkonoskiego Parku Narodowego od razu się do tego zapaliłem. Góry te bardzo mi się spodobały, są urozmaicone i całkowicie dla mnie nowe, każdy kawałek szlaku czymś mnie zaskakiwał. Do tego wymagająca pogoda – zaczęliśmy wędrówkę jesienią, potem przyszła zima i skończyliśmy znowu jesienią. Było momentami ciężko ale jak to u nas – „im ciężej tym lepiej” 🙂 Nie mogę się już doczekać kolejnej wizyty w tych okolicach!

W tym miejscu pragnę podziękować Radkowi za całościowe ogarnięcie wypadu – zaplanowanie trasy, noclegów, bycie przewodnikiem i bezpieczny transport z i do Wrocławia 🙂

Jedna odpowiedź

  1. Avatar
    Michał Pietrzak

    Bardzo ładna tura. Fajnie, że przeszliście na stronę czeską. Ciekawe są różnice pomiędzy jedną a drugą stroną granicy. Nawet widać to po schroniskach, o miejscowościach nie wspominając.
    Karkonosze, podobnie jak Izery są niezmiernie ciekawe zimą na nartach biegowych, lub rakietach. Polecam, i dla większego „pokuszenia” załączam link do bloga kolegi, z zimowej wyrypy w Karkonoszach:
    http://dasieda.blogspot.com/2018/02/karkonoska-ski-tura-czyli-cztery-dni-na.html

Skomentuj

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.