Góry Białe na wyspie Kreta w Grecji - szczyt Gigilos

Góry Białe na wyspie Kreta w Grecji

wpis w: Wyprawy, Zdjęcia | 4

Nigdy nie byłem dalej na południe niż Czechy i Słowacja, przeważnie latam na północ do Skandynawii. Kiedy kilka miesięcy temu znajomy zapytał mnie czy lecimy na weekend w Góry Białe na wyspie Kreta w Grecji od razu zrobił mi smaka 🙂 Po kilku dniach potwierdziłem, że lecę. Wraz ze mną zdecydował się lecieć Łukasz, z którym zaliczyliśmy już kilka fajnych wypadów m.in. jesienną Norwegię, Mały Szlak Beskidzki i zimową wędrówkę przez Beskid żywiecki.

Plan był prosty, mieliśmy się podłączyć do grupowego wyjazdu organizowanego przez firmę kreta24.pl.

W dosyć atrakcyjnej cenie 172E mieliśmy zapewnione:

  • 3 noclegi (2 w hotelach i jeden w schronisku w górach)
  • wyżywienie – śniadania i kolacje, w tym trzeciego dnia przegląd kuchni Kreteńskiej
  • przewodnika w górach
  • wynajęty samochód do poruszania się po wyspie
  • ubezpieczenie
  • buff i czapka Swixx

Bilety lotnicze i dojazd na lotnisko we Wrocławiu organizowaliśmy we własnym zakresie.

Był to pierwszy wypad na którym byłem, organizowany przez kogoś innego niż ja. Był to też prawdopodobnie ostatni mój udział w tego typu wyprawie ale o tym później.

Przygotowań nie było zbyt wiele, cały niezbędny ekwipunek miałem, sprzętu biwakowego nie potrzebowaliśmy. Kupiłem bilet na samolot Ryanair z Wrocławia do Chania na Krecie, spakowałem się w 20L plecak i wyczekiwałem dnia wylotu.

Dzień 1 – prawie punktualny wylot z Polski

W Gliwicach, skąd mieliśmy wyruszyć na lotnisko, byliśmy z Łukaszem koło 12:00. Zdążyliśmy jeszcze skoczyć na obiad i w okolicach 13:00 spotkaliśmy się z Arkiem – to za jego sprawą cała ta wyprawa miała miejsce. W komplecie wskoczyliśmy do auta i ruszyliśmy przez miasto w stronę autostrady A4. Droga do lotniska minęła nam szybko i sprawnie. Na lotnisku byliśmy pierwsi. Nadaliśmy bagaż, przeszliśmy przez kontrolę bezpieczeństwa i czekaliśmy sobie na rozpoczęcie boardingu, które miało się zacząć o 17:10. Koło 16:30 na tablicy odlotów, obok naszego lotu pojawiło się przeklęte słowo „DELAYED”. Poszedłem do pań z obsługi i dopytałem o to opóźnienie, miało być tylko 30 minut. Z narastającą irytacją obserwowałem jak na tablicy odlotów pole „DELAYED” zmieniało swoją wartość z 30 minut na 1 godzinę, 2 godziny, 3 godziny… Ostatecznie po 20:00 zaczęliśmy wchodzić na pokład samolotu. Planowo wylot miał być o 17:30, w rzeczywistości wylecieliśmy o 20:20. Pewnie to nie przypadek, że wystartowaliśmy 10 minut przed czasem opóźnienia za jakie przysługuje odszkodowanie… Lot mija bezproblemowo, trochę drogi przesypiam. Nad lotniskiem Chania jesteśmy jakoś w okolicach północy. Lądujemy, odbieramy bagaże i idziemy do wypożyczalni po nasz samochód. Po przedłużających się formalnościach jedziemy do hotelu Neos Omalos. Na miejscu jesteśmy przed 2:00 w nocy. Jemy pyszną sałatkę grecką i coś w rodzaju pieroga ze szpinakowym nadzieniem. Po całym dniu na nogach byłem bardzo zmęczony, nawet nie wiem kiedy zasnąłem.

Dzień 2 i 3 – szlak tymiankiem pachnący – Góry Białe na wyspie Kreta w Grecji

Spałem bardzo dobrze. Tuż przed 9:00 rano obudził mnie Arek. Schodzimy do jadalni i dzień zaczynamy lekkim śniadaniem. Dopiero dzisiaj, w świetle dnia, widzę jak wygląda najbliższa okolica. Krajobraz bardzo odmienny od wszystkiego co widziałem do tej pory. Do tego jest pochmurno i wieje wiatr. Po chwili pakujemy plecaki i samochodami jedziemy na parking obok wejścia do wąwozu Samaria.

Kiedy wszyscy są już na miejscu nasz przewodnik Alex opowiada o Górach Białych, w których się znajdujemy. Przedstawia nam również zasady jakie mają być przestrzegane w naszej grupie – jeśli ktoś musi się zatrzymać to cała grupa na niego czeka, wydaje mi się to dobrym rozwiązaniem w ponad trzydziestoosobowej grupie. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że nikt, łącznie z przewodnikiem i organizatorem, tej zasady nie będzie przestrzegał. Po krótkiej przemowie ruszamy szlakiem w stronę naszego dzisiejszego celu – znajdującego się na wysokości 1680m n.p.m. schroniska Kallergi.

Po kilkudziesięciu metrach marszu irytowała mnie powstająca na szlaku „kolejka”. Ścieżka byłą dosyć wąska, szliśmy gęsiego i z tego powodu trzeba było się wlec powoli, jeden za drugim, co chwilę przystając… Drugą irytującą rzeczą był smród papierosów na postojach… Już wtedy pomyślałem, że więcej nie jadę na tak liczny wypad w przypadkowym towarzystwie 🙂 Szlak prowadził grzbietem grani, powoli nabieraliśmy wysokości i coraz bardziej wchodziliśmy w chmurę. Nasilał się wiatr. Po prawej stronie mieliśmy widok na wąwóz Samaria, po lewej zbocze góry i drogę niknącą we mgle.

Pełno jest tutaj roślinności, której nie znam, cały czas czuję intensywny zapach ziół. Jedna z uczestniczek wyprawy mówi, że to tymianek tak pachnie. Droga z parkingu do schroniska zajęła nam niewiele czasu, coś koło 2 godzin. Na tej wysokości prawie nie ma żadnych widoków, cały czas wieje silny wiatr i jesteśmy w chmurze.

Taras widokowy przy schronisku Kallergi - na tle wąwozu Samaria
Taras widokowy przy schronisku Kallergi – na tle wąwozu Samaria

Jaka tego dnia panowała pogoda można zobaczyć na poniższym filmiku:

 

Pogoda zaczęła się poprawiać późnym popołudniem. Krótko przed zmierzchem ruszyliśmy z Arkiem i Łukaszem na pobliski szczyt. Warto było! Góry pięknie się prezentowały a zachód słońca zapierał dech. Wróciliśmy do schroniska, zjedliśmy dobre spaghetti z sosem pomidorowym i jakimś lokalnym serem po czym poszliśmy spać. Wiem, że może marudzę ale tutaj pojawił się kolejny problem tak dużej, nie zgranej grupy. Gospodarze schroniska postawili na stołach makaron i sos w dużych miskach, z których każdy miał sobie nałożyć porcję na talerz. Niestety przerosło to możliwości intelektualne niektórych uczestników wyprawy, którzy nabrali kopiaste talerze tak, że dla kilku osób w tym mnie zabrakło i musieliśmy czekać aż obsługa dogotuje drugą porcję makaronu… Mówiłem już, że więcej nie jadę na wyprawę tak dużą grupą? 😛

Trzeba było się położyć wcześnie bo o 1:30 mieliśmy wyruszyć ze schroniska. Na nocne wyjście przygotowałem sobie plecak z ubraniami, jedzeniem i termosem herbaty, Spaliśmy na dużej, wieloosobowej sali. Nauczony doświadczeniem do uszu wsadziłem stopery i zasnąłem dosyć szybko.

Budzik wyrwał mnie ze snu przed 1:00, wstałem bez problemu, ubrałem się, napiłem ciepłej herbaty i zszedłem do jadani gdzie mieliśmy się spotkać z resztą wycieczkowiczów. Przed wymarszem zdążyłem jeszcze zrobić dwa zdjęcia pięknie wygwieżdżonego nieba.

Naszym celem jest wschód słońca na szczycie Melidaou o wysokości 2133m n.p.m. Około godziny idziemy szeroką, kamienistą drogą. Pomimo nocnej pory i wiatru jest na tyle ciepło, że idę w samej koszulce i wiatrówce. Drogę rozświetla ciąg czołówek, na czele idzie przewodnik i organizator, tył zamyka jeden ze schroniskowych gospodarzy. Idzie się przyjemnie, nocne niebo i czarne sylwetki gór wyglądają bardzo klimatycznie. Po około godzinie marszu skręcamy z drogi w wąską ścieżkę, pnącą się stromo w górę. Tutaj powtarza się problem z „kolejką” na szlaku. Słysze głośne komentarze, widać nie tylko mi to przeszkadza. Wchodzimy na grań i tutaj robi się ciekawie. Wieje silny wiatr, który od czasu do czasu przesuwa mnie o kawałek w bok. Światło czołówki niknie w stromych przepaściach, jest coraz zimniej. Robimy przerwę, siadam sobie na skale, wyciągam termos i po chwili wstaję, idę w inne miejsce… przegania mnie smród dymu z papierosa… Po około trzech godzinach marszu od wyjścia ze schroniska jesteśmy na miejscu. Wchodzimy na szczyt, wiatr urywa łeb, jest bardzo zimno. Do wschodu słońca zostało około 40 minut. Przewodnik podejmuje nie zrozumiałą dla mnie decyzję, że schodzimy szukać osłoniętego od wiatru miejsca. Wydaje mi się to bez sensu bo całą drogę na szczyt wiało bardzo mocno i tylko w jednym, oddalonym od szczytu o jakieś 30 minut drogi, miejscu wiało mniej. Prawie wszyscy schodzą za przewodnikiem, ja z moimi kumplami i kilka innych osób zostajemy na szczycie. Założyłem na siebie wszystkie ciuchy i było prawie komfortowo 🙂 Powoli robiło się coraz jaśniej, horyzont różowił się i czerwienił. Słońce leniwie zaczęło się wychylać zza góry. Czekałem na ten moment ale nie zrobiło się ani trochę cieplej. Wschodzące słońce oświetla okoliczne góry, teraz dopiero dostrzegam ich surowe piękno. Widok jest ciekawy ale jakoś nie zachwyca mnie bardziej niż wschody chociażby nad Beskidami.

Poganiani zimnym wiatrem zaczynamy zejście ze szczuty i powrót w stronę schroniska. Wracamy innym szlakiem niż wchodziliśmy do góry. Idziemy kamienistą, stromą granią, z której roztacza się ciekawy widok. Znowu gęsiego, wąską ścieżką idziemy przed siebie. Słońce jest coraz wyżej, coraz więcej widać a temperatura powoli rośnie.

Przewodnik i organizator wystrzelili gdzieś do przodu, nie ma już zamykającego pochód gospodarza schroniska a nasza grupa mocno się rozciągnęła na szlaku. Z chłopakami pomagamy się ogarnąć jednemu uczestnikowi, który został na samym końcu i ledwo szedł. Dostał od nas wodę, której zapas dawno mu się skończył, wsparliśmy go psychicznie i przez jakiś czas kontynuowaliśmy marsz razem.

Dalsza droga mija szybko i przyjemnie. Na szczycie, którego nazwy nie pamiętam, robimy sobie pamiątkowe zdjęcia z górą Gigilos w tle. Od tego miejsca szlak, wijąc się zboczem, zaczyna nas sprowadzać do drogi widocznej w dolinie.

Ja i Łukasz na tle szczytu Gigilos
Ja i Łukasz na tle szczytu Gigilos

Jest już na tyle ciepło, że robimy przerwę i przebieramy w lżejsze ciuchy a ja wskakuję w krótkie spodnie. Teren w tym miejscu jest taki, że nie ma różnicy czy się idzie szlakiem czy na przełaj. Razem z kumplami zaczynamy schodzić na krechę prosto do doliny. Wyprzedzamy całą grupę i na dole jesteśmy pierwsi. Przewodnikowi mówimy, że nie czekamy na resztę i idziemy w stronę schroniska.

Drogą tą szliśmy kilka godzin temu w całkowitej ciemności. Teraz dopiero widać jak wygląda okolica. Jest to dla mnie bardzo egzotyczne miejsce, odmienna roślinność, inny krajobraz, kozy i owce pasące się wśród skał. Jest bardzo ciekawie. W upalnym słońcu docieramy do schroniska gdzie czeka na nas śniadanie.

Po napełnieniu brzuchów i chwili relaksu na leżaku przed schroniskiem ruszamy w stronę parkingu, na którym wczoraj zostawiliśmy samochody. Góry Białe na wyspie Kreta w Grecji okazały się bardzo odmienne od naszych i na tyle interesujące, że kiedyś tutaj pewnie wrócę ale w zdecydowanie mniejszym gronie.

W drodze powrotnej zajeżdżamy jeszcze do hotelu po resztę naszych bagaży i ruszamy na drugą część naszej greckiej wyprawy. Z miejscowości Omalos jedziemy do Kisamos gdzie mieliśmy spędzić ostatnią noc. Droga prowadzi asfaltową, stromą serpentyną. Na szczęście Łukasz jest bardzo dobrym kierowcą, który sprawnie radzi sobie z lokalnymi drogami. Widoki z tej trasy są piękne, nie raz powodują, że ze strachu robi mi się ciepło 🙂 Jedziemy przez małe, urokliwe wioski i wspinające się na zbocza gór pomarańczowe gaje. Po drodze robimy przerwę przy tawernie serwującej sok ze świeżo zerwanych i wyciśniętych pomarańczy – jest przepyszny.

Po nieco ponad godzinnej jeździe trafiamy do hotelu w miejscowości Kisamos. Meldujemy się, ogarniamy pokój z którego okna mamy całkiem fajny widok. Razem z Łukaszem korzystamy z wolnej chwili i kąpiemy się w hotelowym basenie. Niedługo potem jedziemy do położonej nad brzegiem morza karczmy, w której mieliśmy zorganizowany przegląd kuchni kreteńskiej. Serwowane potrawy były urozmaicone i bardzo trafiły mi do gustu, zwłaszcza to, że tylko jedno z nich nie było wegetariańskie. Najadłem się do syta, wszystko było ciekawe i pyszne do tego stopnia, że nie zrobiłem ani jednego zdjęcia… nie zdążyłem 🙂 Z balkonu restauracji podziwialiśmy piękny zachód słońca nad Morzem Śródziemnym. Po kolacji wróciliśmy do hotelu i poszliśmy spać.

Dzień 4 – laguna Balos i miasto Chania

Rano, kiedy większość ekipy leczyła się po wczorajszej kolacji, ja z Łukaszem i Arkiem poszliśmy przejść się po plaży. Okolica naszego hotelu była bardzo ciekawa a do tego o wczesnej porannej porze byliśmy praktycznie sami. Na plaży zebrałem kilka kamieni i muszli po czym wróciliśmy do hotelu na śniadanie. Plan na ten ostatni dzień naszego pobytu w Grecji był taki, że przed odlotem odwiedzimy jeszcze lagunę Balos i miasto Chania.

Po opuszczeniu hotelu ruszyliśmy wiodącą przez miasto a następnie wzdłuż wybrzeża, bardzo malowniczą drogą. Szutrową drogą nie dało się jechać zbyt szybko, zaletą tego było to, że mogłem spokojnie porobić zdjęcia z okna auta. Droga na parking przy lagunie zajęła nam około godziny. Prosto z parkingu ruszyliśmy na plażę. Tutejszy krajobraz bardzo różnił się od tego co widzieliśmy w Górach Białych.

Po krótkim marszu naszym oczom ukazała się piękna laguna Balos z błękitno-turkusowym kolorem morza. Było ciepło ale pochmurnie i dosyć mocno wiał wiatr. Wąską, kamienistą ścieżką zeszliśmy na brzeg morza. Fantazjowałem sobie, że w kąpielówkach wskoczę do wody i trochę sobie popływam ale dla mnie, starego zmarźlidupy, woda była za zimna 🙂

Ja na tle wyspy przy lagunie Balos
Ja na tle wyspy przy lagunie Balos

Nazbierałem tutaj pełną kieszeń muszli, pomoczyłem nogi. Przy okazji trochę sobie boso pobiegaliśmy. Z czasem plaża zaczęła się zapełniać turystami a my powoli zbieraliśmy się w dalszą drogę.

Wróciliśmy do auta i skierowaliśmy się do miasta Chania, gdzie planowaliśmy zjeść obiad i spędzić resztę wolnego czasu. I znowu, tą samą szutrową drogą wzdłuż wybrzeża, wróciliśmy do Kisamos a następnie, przez wioski i tym razem gaje oliwne dotarliśmy do docelowego miasta.

Pierwsze kroki skierowaliśmy do tawerny „Manos”, którą polecił nam organizator tej wycieczki. Jako, że mam dwa żołądki i lubię dobrze zjeść od razu przejrzałem menu. Zapytałem kelnera czy sałatka grecka jest na tyle duża, że się najem? Powiedział, że jeśli coś jeszcze do tego zamówię to powinno mi wystarczyć. No to zamówiłem: sałatkę grecką, smażony grecki ser, smażone warzywa w cieście i frytki. W momencie kiedy kelner przyniósł pierwszą potrawę wiedziałem, że zrobiłem błąd. Na twarzach moich kompanów widziałem to samo przerażenie 🙂  Porcje wszystkiego były bardzo duże, spokojnie najadł bym się którymkolwiek zamówionym daniem 🙂 Na szczęście nigdzie nam się nie śpieszyło i powoli wszystko zjadaliśmy. Tawernę gorąco polecam! Jeśli kiedyś będę w tych okolicach to tutaj na pewno się pojawię!

Pozostały do odlotu czas wykorzystaliśmy na spacer po starówce i jej wąskich, klimatycznych uliczkach. Pełno tutaj knajpek, sklepów z pamiątkami czy straganów z owocami. Przyjemnie było tutaj pospacerować ale czas leciał nieubłaganie. Autem pojechaliśmy na lotnisko i tym razem już bez opóźnień wylecieliśmy z powrotem do kraju.

Góry Białe na wyspie Kreta w Grecji – podsumowanie wyprawy

To były trzy intensywne i urozmaicone dni na Krecie. Przez ten krótki czas zobaczyliśmy sporo – były góry, miasta, wioski i plaże. Pogoda nam bardzo dopisała a ja wróciłem mocno opalony. Poznałem i polubiłem Kreteńską kuchnię, mają tutaj pyszne oliwki i kozio-owczy ser. Ta Grecka wyspa spodobała mi się na tyle, że pewnie prędzej czy później wrócę w te okolice ale już na pewno nie w ramach dużego, zorganizowanego wypadu. Góry Białe na wyspie Kreta w Grecji to bardzo dobry pomysł na wydłużony weekend! Polecam!

4 odpowiedzi

  1. Avatar
    Karolina

    oooo jak pięknie…
    wyszukując sztywnego terminowo miejsca wrześniowego wyjazdu przeszła nam przez myśl grecka Kreta… ale jakoś nie kojarzyla mi się z niczym ciekawym.
    gdybym trafila na Twój wpis wczesniej moze zamiast do Porto mielibysmy dzis zarezerwowane bilety na Krete… hmmm

    • Kuba
      Kuba

      Nic straconego, Kreta poczeka 🙂
      Ja sam byłem zaskoczony ile tam jest możliwości, na pewno kiedyś tam wrócę!

  2. Avatar
    • Kuba
      Kuba

      Szczerze to nie mam pojęcia czy istnieje krótsza droga. Myśmy startowali stamtąd bo był tam parking, na którym zostawiliśmy auta.

Skomentuj

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.