Preikestolen widziany z pokładu promu

Fjordy jadły mi z ręki

wpis w: Video, Wyprawy, Zdjęcia | 0

Kiedy w lipcu obejrzałem wideo relację Marcina „Bushcraftowego” z jego wyprawy za koło podbiegunowe (wideo relacja dostępna >tutaj<, POLECAM!), a dokładniej do Finlandii, poczułem to… te podniecenie przed wyprawą, tę chęć wędrówki w odludnych terenach, w przemoczonych butach, spędzenia dłuższego czasu w dziczy.

Skandynawia to od kilku lat mój ulubiony kierunek wyprawowy. W Szwecji byłem trzy razy i polecam ten kraj na wyprawy rowerowe, w Norwegi byłem też trzy razy ale w tym kraju lubię chodzić po górach i lasach. Tak więc wybór docelowego kraju nie był trudny 🙂 Od razu przejrzałem dostępne loty z Katowic-Pyrzowic do Norwegii. W tym kierunku, w dosyć dobrych cenach, lata Wizzair. Rozważałem kolejną wizytę w górach na zachód od Oslo lub odwiedzenie okolic Stavanger lub Bergen, gdzie jeszcze nie byłem. Po przeanalizowaniu cen i dostępnego urlopu wybrałem Stavanger. Koszt biletu w jedną stronę to około 40zł! Do tego trzeba doliczyć cenę nadawanego bagażu i tutaj nie jest już tak kolorowo – przelot plecaka (do 32kg) w obie strony to ponad 300zł.

No ale przecież nie polecę sam, bo takie widoki i przygodę warto dzielić z dobrym kompanem. Rozesłałem info do kilku znajomych podróżników. No i długo nie musiałem czekać na odpowiedź. Praktycznie po pierwszej rozmowie zdecydował się dołączyć mój kumpel Piotrek zwany w towarzystwie „Pesto” 🙂 Od stycznia zaliczyliśmy już około 10 wspólnych wypadów w góry i na rowery. W takim składzie zaczęliśmy przygotowania a było ich trochę.

Przeanalizowałem dostępny ekwipunek, policzyłem ile dni będziemy w terenie żeby przygotować odpowiednią ilość żywności, ważyłem i optymalizowałem sprzęt, analizowałem mapy i planowałem trasę wędrówki, ogarniałem ubezpieczenie itp.

W międzyczasie, w trakcie robienia połowy Głównego Szlaku Beskidzkiego na lekko (3,5kg plecak i 7 dni wędrówki), poznałem się bliżej z Łukaszem. Znałem się z nim już od jakiegoś czasu ale wcześniej nigdy nie byliśmy razem w terenie. Łukasz towarzyszył mi w trakcie jednego dnia na GSB i bez problemu przeszedł i częściowo przebiegł 35km odcinek od Brzegów Górnych do Bacówki PTTK Pod Honem. Po jakimś czasie napisałem do niego maila „lecisz z nami do Norwegii na tydzień?”. Po kilku dniach oddzwonił „lecę”. W takim trzyosobowym składzie kontynuowaliśmy przygotowania.

Wielkimi krokami zbliżał się dzień wylotu. Każdy z nas miał już przemyślany sprzęt i wyżywienie. Kilka dni przed wylotem spotkaliśmy się jeszcze żeby przegadać szczegóły, pooglądać mapę itp.

Dzień 1 – Lotnisko Stavanger > Tau > parking Preikestolen

W końcu nadszedł wyczekiwany 30 października 🙂 Około 3:00 przyjechał po mnie Łukasz, pojechaliśmy po Piotrka i w pełnym składzie ruszyliśmy na lotnisko Katowice-Pyrzowice. Na miejscu zawinęliśmy streczem nasze plecaki – można złączyć dwa plecaki i nadać jako jeden bagaż, pozwala to na sporą oszczędność kosztów i trochę podnosi bezpieczeństwo ekwipunku 🙂 Po nadaniu bagażu i przejściu kontroli bezpieczeństwa, spędziliśmy jeszcze ponad godzinę w poczekalni. Samolot wystartował planowo, lot przebiegł bez żadnych niespodzianek. Z okna samolotu podziwialiśmy morze chmur pod nami i skalisty krajobraz okolic lotniska. Krótko po 8 rano wylądowaliśmy na lotnisku Stavanger. Odebraliśmy bagaże, zatankowaliśmy wodę w dystrybutorze i wyszliśmy z terminala. Przed głównym wejściem był przystanek autobusowy. Busem dojechaliśmy blisko sklepu sportowego XXL Stavanger, w którym kupiliśmy gaz do palników. Gaz na szczęście nie jest bardzo drogi, kosztował około 10zł więcej niż w Polsce. Niestety w sklepie spożywczym było znacznie drożej. Kupiłem chleb, dżem i czarny-gazowany-napój (którego producent powinien zostać sponsorem moich wypraw :P). Za te trzy rzeczy zapłaciłem w przeliczeniu ok 50zł… Kolejnym busem dotarliśmy do centrum Stavanger. W autobusie była zabawna sytuacja – pytam „in inglisz” panią kierowce ile kosztuje bilet, ona odpowiada mi „fiftyfajf”, stojący za mną kolega pyta „ile?” na co pani z uśmiechem na twarzy odpowiada „pięćdziesiąt pięć”. Co do autobusów w tym rejonie Norwegii, całkiem wygodnie korzystało nam się z usług przewoźnika Kolumbus, warto zainstalować sobie w telefonie ich aplikację, przez którą kupuje się bilety, jest wtedy trochę taniej.

Następnie przeszliśmy kawałek do portu, gdzie złapaliśmy prom do Tau. W trakcie rejsu podziwiałem z pokładu piękne widoki – morze i góry robiły wrażenie! W Tau tuż obok terminala promowego był przystanek busów, które dojeżdżały do parkingu przy Preikestolenstua – schronisku i początku szlaku na Preikestolen. Do następnego odjazdu busa mieliśmy około godziny, tak więc w wiacie przystankowej zaczęliśmy przygotowywać śniadanie – płatki owsiane z dodatkami i kawę. Szybko okazało się, że z naszych trzech palników działają tylko dwa.

Chwilę po skończonym śniadaniu podjechał busik, po krótkiej rozmowie z kierowcą i odżałowaniu 120NOK za osobę wsiedliśmy i pojechaliśmy, podziwiając piękne, coraz bardziej górskie krajobrazy. Po przejechaniu około 20km dotarliśmy na miejsce. Pożegnaliśmy się z kierowcą, zrobiliśmy kilka zdjęć nad jeziorem i nie tracąc czasu poszliśmy w stronę lasu szukać miejsca na nocleg. W Norwegii, Szwecji i Finlandii biwakujemy korzystając z przyjaznego turystom prawa do rozbicie obozu na 24h, pod warunkiem zostawienia porządku i poszanowania przyrody. Szkoda, że u nas w Polsce nie ma takiego prawa…

W lesie ciężko było znaleźć kawałek płaskiego miejsca, które jednocześnie nie było podmokłe ale po krótkich poszukiwaniach w końcu się udało. Ja z Piotrkiem rozbiliśmy się koło siebie, Łukasz kawałek dalej. Towarzyszyło nam mnóstwo sikorek, które w ogóle się nas nie bały. Siadały na naszych rzeczach i na nas, dziobiąc co chwilę. Chyba chciały sprawdzić czy jesteśmy smaczni 🙂 Po rozbiciu obozu udaliśmy się na pobliską skałę przygotować kolację. W ruch poszły nasze przygotowane wcześniej liofilizaty. Kolejny z naszych palników przestał działać… nie pomagało czyszczenie ani przedmuchiwanie. To dopiero pierwszy dzień wyprawy a już robiło się ciekawie. Po kolacji porozmawialiśmy jeszcze chwilę i poszliśmy spać do namiotów.

Dzień 2 – idziemy na Preikestolen

W nocy padał deszcz, trochę zmarzłem bo byłem rozbity na podmokłym terenie, trochę żałowałem, że nie wziąłem zimowego śpiwora 🙂 Nastawiłem na palniku wodę na kawę i zaczęliśmy z chłopakami zwijać nasze graty. Śniadanie zjedliśmy pod schroniskiem, z pięknym widokiem na jezioro. Nie przepuściliśmy też ostatniej okazji na skorzystanie z normalnej toalety w schronisku… wyglądała lepiej niż w niejednym hotelu 😛 Samo schronisko zrobiło na mnie dobre wrażenie, eleganckie, drewniane wnętrze, może kiedyś tutaj przenocuję.

Po śniadaniu, przebrani w marszowe ciuchy, ruszyliśmy na szlak. Na odcinku od parkingu do Preikestolen szlak jest bardzo dobrze oznakowany, szeroki, ciężko się zgubić. Było dosyć chłodno ale na plusie, lekko pochmurno, widoczność bardzo dobra – idealne warunki do wędrówki. Szlak prowadził urokliwymi terenami, przez las i rozlewiska, po skałach. Tam gdzie teren był bardzo podmokły dla wygody zamontowano drewniane kładki.

Teren z leśnego powoli zmienia się w coraz bardziej skalisty, mijamy przymrożone kałuże, pogoda się pogarsza i zaczyna padać deszcz. Mimo może nie idealnej pogody, w dobrych humorach idziemy dalej. Jest mgliście ale przez to bardzo klimatycznie.

Kiedy jesteśmy już bardzo blisko celu, praktycznie nie ma drzew i cały czas idziemy po gołej skale. Zaczynają się pojawiać przepaście. Dobrze, że wszyscy mamy dobre buty górskie bo bez nich na mokrej skale mogło by być nie ciekawie. Po około dwóch godzinach od wyruszenia docieramy do celu. Jest gęsta mgła, mało widać ale widok jest niesamowity.

Pora roku nam sprzyja, na miejscu jest tylko kilkanaście osób. Robimy krótką przerwę, na palniku gotujemy wodę na herbatę. Każdy z nas obowiązkowo zrobił sobie zdjęcie na krawędzi „pulpit rock”. Sama świadomość tego, że od krawędzi w dół jest około 600 metrów sprawiała, że miałem zawroty głowy 🙂 Nie miałem ochoty ani odwagi podejść bliżej niż na około 2 metry do krawędzi 😛

Na krawędzi Preikestolen
Na krawędzi Preikestolen

Po krótkiej przerwie zaczęliśmy wracać w stronę skrzyżowania szlaków. Cały czas towarzyszyła nam mgła. Szliśmy wąską ścieżka a po prawej stronie było strome urwisko, na szczęście przez mgłę nie widziałem jak tam było wysoko 🙂

Dochodzimy do urokliwego jeziorka, nad którego brzegiem było „samoobsługowe” schronisko – malutka chatka zamknięta na zamek szyfrowy. Na ścianie była powieszona instrukcja obsługi, według której w razie potrzeby należało zadzwonić pod podany numer i wtedy dostawało się kod do zamka. Pomysłowa sprawa. Przy schronisku robimy przerwę na posiłek – chleb z dżemem popijany colą czyli kaloryczny zestaw przetrwania.

Ekipa wyprawowa w pełnym składzie
Ekipa wyprawowa w pełnym składzie

 

Spotkaną w tym miejscu turystkę prosimy o zrobienie nam zdjęcia nad jeziorkiem. Po krótkiej przerwie ruszamy dalej, w stronę skrzyżowania szlaków, które mijaliśmy w drodze na Preikestolen.

Na skrzyżowaniu jest kierunkowskaz – „Bakken 10km” czyli nasz planowany cel na ten dzień. Według mapy jest tam chatka, w której chcieliśmy przenocować. Patrzę na znak „10km” i mówię do chłopaków, że zrobimy to w 2,5-3 godziny. Wtedy jeszcze nie wiedziałem jak bardzo się mylę, jaką niespodziankę przyniesie nam dalszy szlak i pogoda. Z tego miejsca mieliśmy piękny widok na dolinę przykrytą mgłą. Ruszyliśmy żwawo w stronę naszego celu. Szlak zmienił się radykalnie z szerokiej, dobrze oznakowanej ścieżki w wąską, kamienistą ścieżynkę. Podoba nam się ta zmiana!

Teraz dla odmiany idziemy pięknym, omszałym lasem po kamienistym szlaku, przekraczamy sporo strumyków, mijamy piękny wodospad. Wchodzimy stromo pod górę po sporych kamieniach i po chwili wychodzimy na otwartą przestrzeń. Szlak wyznaczają małe kopczyki z kamieni, szukamy dalszej drogi starając się nie wpaść do jednego z licznych jeziorek i strumieni. Przed nami, dosyć wysoko widzę przełęcz, myślę sobie „oby tylko szlak nie prowadził tamtędy”…

Kiedy po dwóch godzinach wędrówki wspięliśmy się na przełęcz jest już ciemno a GPS pokazuje, że od skrzyżowania szlaków przeszliśmy dopiero nieco ponad 2km… Po drugiej stronie przełęczy, w dolinie widzimy jezioro i jakąś chatkę na jego brzegu. Z czołówkami na głowach ostrożnie schodzimy stromym zejściem. Docieramy na dno doliny i maszerujemy brzegiem jeziora. Zastanawiamy się czy iść pozostałe 7km do chatki w Bakken, w nieznanym terenie przy świetle czołówek czy lepiej rozbić się gdzieś na noc i rano ruszyć dalej. Na szczęście rozsądek wygrał i rozbiliśmy namioty na brzegu jeziora, za widzianą z przełęczy chatką. Mam wrażenie, że to był jedyny płaski i równy kawałek ziemi w okolicy. Rozpaliliśmy małe ognisko, chwilę posiedzieliśmy, zjedliśmy kolację i poszliśmy spać.

Dzień 3 – najdłuższe 6 i pół kilometra

Budzi mnie deszcz uderzający w tropik namiotu, pada dosyć intensywnie. Wołam „eee” żeby upewnić się, że chłopacy nie śpią za dobrze 🙂 Odpalam palnik i robię kawę, śniadanie jem w namiocie. W końcu zmuszam się do opuszczenia ciepłego śpiwora i wyjścia z namiotu. Z nieba leje ale cóż począć? Nieśpiesznie pakuje graty do plecaka, przebieram się w marszowe ubrania, zwijam mokry namiot. Kiedy wszyscy jesteśmy gotowi ruszamy w dalszą drogę.

Już po kilkudziesięciu metrach wędrówki okazuje się, że po cało nocnych opadach szlak zamienił się w strumień. Idziemy ostrożnie stąpając po kamieniach tak żeby nie przemoczyć butów, w utrzymaniu równowagi bardzo pomagają kije turystyczne. Cały czas pada, nie robię zdjęć bo aparat schowałem przed deszczem do plecaka. Podchodzimy do wodospadu, zastanawiam się gdzie dalej prowadzi szlak? Myślę sobie, że to nie możliwe żeby szlak prowadził w górę wodospadem… a jednak możliwe… u góry, na końcu (a raczej początku) wodospadu widzę charakterystyczne czerwone „T”. Wspinamy się wodospadem i idziemy dalej kolejnym strumieniem.

 

Pokonujemy kolejne odcinki zalanego szlaku, co jakiś czas wspinając się w górę i w dół po stromych, skalistych zboczach. Docieramy do pierwszej tego dnia, szerokiej jak nam się wtedy wydawało, rzeki. Przechodzimy ją w miarę możliwości ostrożnie, do lewego buta wlewa mi się woda.

 

Wychodzimy na skalisty, płaski teren, pada deszcz, jest mgła, wieje zimny wiatr. Wypatrujemy kamiennych kopczyków wyznaczających szlak. Widoczność momentami jest bardzo ograniczona, dla mnie to lepiej bo wchodząc kamienną półką, po której spływa woda nie widzę jak wysoka jest przepaść, którą mam pół metra od prawej nogi… Idziemy dalej, momentami mam miękkie ze strachu nogi, jest ślisko, wszędzie dookoła płyną strumienie, kiedy podpieram się rękami o skały do rękawów wlewa mi się zimna woda. W końcu dochodzimy do końca otwartej przestrzeni, pojawiają się drzewa, trochę mniej wieje wiatr. Schodzimy po stromych kamieniach, oczywiście zamienionych w wodospad.

Kiedy myślę, że najgorsze za nami trafiamy na prawie pionową ścianę z łańcuchem. Po ścianie, takie zaskoczenie, spływa szerokim strumieniem woda. Idę pierwszy, łapię zimny łańcuch i trawersem pokonuję kilkanaście metrów ściany, na której końcu dla urozmaicenia jest strome zejście kilkanaście metrów pionowo w dół. W tym miejscu pomagam sobie łapiąc się korzeni i skarłowaciałych brzóz. Po kolejnych kilkudziesięciu metrach, tuż przed osadą Bratelli trafiamy na najszerszą jak do tej pory i bardzo wezbraną rzekę, oczywiście bez mostku czy innego ułatwienia. Dłuższą chwilę zajmuje mi znalezienia miejsca do przeprawy. Po schowanych pod wodą kamieniach przechodzę na drugą stronę rzeki. Przy okazji woda wlewa mi się do prawego buta, teraz jest równowaga bo w obu mam mokro 🙂 Piotrek w trakcie przeprawy kopie w kamień pod wodą czego efektem jest dodatkowy otwór wentylacyjny w jego bucie 🙂

Na drugim brzegu wypatrzyliśmy chatkę, pod której balkonem robimy pierwszą tego dnia przerwę. Do celu zostały nam 2km. Idziemy wąską ścieżką, z daleka słyszę kolejną rzekę, tym razem na szczęście dla nas był mostek. Nie będzie to pewnie zaskoczeniem jak napiszę, że dalej idziemy szlakiem-rzeką. Teraz już nikt z nas nie próbuje nawet iść po kamieniach bo mamy kompletnie przemoczone buty. Niecały kilometr przed celem wychodzimy na torfowisko. Dla ułatwienia położono tutaj drewniane kładki, co z tego jak są one 30 centymetrów pod wodą 🙂 Na jednej z nich pośliznąłem się i przewróciłem na plecy. Woda wlała mi się pod kurtkę i do spodni. Z wrażenia zawołałem „O kur…” co po łacinie znaczy „ahoj przygodo” 😛 Wstałem i ruszyliśmy dalej, według GPS do chatki zostało nam około 800 metrów, przyśpieszamy!

Przekraczam jeszcze jedną bardzo szeroką i wezbraną rzekę, której nie było by szans pokonać gdyby nie wiszący nad nią most. Po kilkuset metrach naszym oczom ukazuję się płot i furtką – dotarliśmy do celu! Tego dnia wyruszyliśmy po 8:00 rano, teraz było przed 14:00 a przeszliśmy tylko 6,5km! To było najdłuższe i najbardziej męczące 6,5km!

Tego dnia zbliżając się do każdej kolejne przeszkody terenowej, kolejnej rzeki, strumienia czy wodospadu, przepaści czy stromego zejścia/podejścia myślałem sobie (czasem na głos) jak dobrze, że wczoraj nie poszliśmy tędy po zmroku przy świetle czołówek… jak dobrze, że rozbiliśmy się na noc. Gdybym wiedział co nas czeka tego dnia to nie jestem pewien czy bym tędy poszedł…

Ale to nie koniec przygód na ten dzień… Uradowany podchodzę do chatki turystycznej, wyciągam klucz i … nie pasuje? O co chodzi? Czytam wywieszoną na drzwiach informację, coś w stylu „ta chatka została wyłączona z DNT(coś jak norweski odpowiednik PTTK) a turyści mogą korzystać ze stodoły obok… Załamka, szczególnie, że przez okno widzę w środku kominek i suche drewno. Trudno, idziemy zobaczyć co to za stodoła. Na szczęście nie było tragedii, okazało się, że stodoła została całkiem nieźle zaadaptowana na potrzeby turystyczne. Był stół, krzesła, łóżka, palnik z gazem, nawet koce się znalazły. Były też myszy… mnóstwo myszy i ich kupska wszędzie 🙂 Ale dla nas to i tak był luksus, zwłaszcza po takim intensywnym i deszczowym dniu. Szybko się rozgościliśmy, mokre rzeczy rozwiesiliśmy pod sufitem, przebraliśmy się w suche ubrania, z worków na śmieci i taśmy naprawczej zrobiliśmy improwizowane kapcie z ulgą zdejmując przemoczone buty. Od razu na kuchence zagotowaliśmy wodę na ciepłe napoje i liofilizaty. Po wodę nikomu nie chciało się wychodzić z chatki ale na szczęści cały czas padał deszcz tak więc wystawialiśmy garnki przed drzwi i łapaliśmy deszczówkę.

Przebrany w suche ubrania, rozgrzany ciepłym posiłkiem zasnąłem dosyć szybko. Nie przeszkadzał mi chłód panujący w stodole ani biegające po mnie myszy, te zaczęły mnie wkurzać dopiero w nocy kiedy dobierały się do mojego jedzenia. A były na tyle natrętne i uparte, że w jednym z plecaków wygryzły dziurę…

Dzień 4 – dotrzeć do Lysebotn

Dzięki nocnym wizytom myszy wstaję mocno nie wyspany. Zaczynam moją poranną rutynę – toaleta, kawa, owsianka mocy, pakowanie plecaka. Ze sznurków pod sufitem ściągam wilgotne ale już nie przemoczone ubrania. Na dworze pochmurno ale już nie pada deszcz. Korzystam z okazji i robię krótki obchód po okolicy stodoły. Całkiem tutaj urokliwie.

Za stodołą wypatrzyłem wydeptaną ścieżkę prowadzącą w kierunku niewysokiej skały, zaciekawiony poszedłem sprawdzić co tam jest. Ze skały roztaczał się piękny widok na fjord Lyse.

Mając na uwadze jak poprzedniego dnia wyglądał szlak i ile czasu zajęło jego pokonanie, podjęliśmy decyzję, że do Lysebotn dostaniemy się promem z pobliskiego portu Bakken Kai. Według mapy do portu w linii prostej mieliśmy około 800 metrów a pieszo do docelowego miasta około 30km, decyzja nie była trudna do podjęcia. Po ogarnięciu plecaków ruszyliśmy w stronę portu. Jak to w Norwegii bywa te 800 metrów szliśmy prawie godzinę. Szlak ze stodoły do portu prowadził stromymi kamiennymi schodami a pewne jego fragmenty były ubezpieczone łańcuchami. Port okazał się być małą betonową platformą z budką, rzeźbą jakiegoś rybaka i tablicą z rozkładem „jazdy” promów. Do przypłynięcia promu mieliśmy jakieś 20 minut. Na tablicy byłą niezbyt dobra dla nas wiadomość, że jeśli chce się z tego portu odpłynąć to trzeba zarezerwować sobie miejsca co najmniej dwie godziny przed przybyciem promu… Na szczęście był też podany numer telefonu na prom, Łukasz złapał za telefon i po krótkiej rozmowie ucieszyliśmy się bardzo bo dostaliśmy potwierdzenie, że po nas przypłyną! Po około dwudziestu minutach wchodziliśmy na pokład. Bilet z Bakken do Lysebotn kosztował coś koło 50NOK czyli około 25zł. Wygodne fotele, automat z kawą, toaleta – poczułem się jak król!

W trakcie podróży warto wyjść na pokład, płynęliśmy w stronę wioski pięknym fjordem, po lewej i prawej stronie otaczały nas wysokie, skaliste góry, których szczyty skrywały się w chmurach. Co jakiś czas mijaliśmy malowniczo położone osady, w kilku z nich był port do którego dobijaliśmy.

Czas płynął tak szybko, że nawet nie wiem kiedy dopłynęliśmy do portu w Lysebotn, urokliwego miasteczka na końcu fjordu. Po opuszczeniu promu przeszliśmy kilka metrów, ustawiłem aparat i zrobiłem nam zdjęcie na tle wysokiego wodospadu. W tym momencie podjechał do nas samochód a przez otwarte okno odezwał się jakiś Norweg z pytaniem co my tu robimy? Mówił, że już dawno po sezonie, wszystko zamknięte, oprócz naszej trójki nie ma innych turystów.

Powiedziałem mu, że chcemy pójść drogą do parkingu restauracji Øygardstøl, gdzie zaczyna się szlak na Kjerag – drugi po Preikestolen cel naszej wyprawy. Na parkingu planowaliśmy się rozbić na noc i drugiego dnia rano ruszyć w stronę szczytu. Ten dobry człowiek sam zaproponował, że zawiezie nas na ten parking! Dzięki tamu oszczędził nam marszu 7,5km asfaltem. Do bagażnika wrzucamy plecaki, ja siadam z przodu i ruszamy. Przejeżdżamy wioskę, potem kilometrowy tunel wykuty w skale i dalej jedziemy stromą serpentyną pokonując około trzydziestu zakrętów pod kątem 180°. Droga jest wąska ale nasz kierowca jedzie szybko i pewnie, sprawnie wymijając jadące z naprzeciwka samochody. Droga jest bardzo malownicza, mamy super widok na leżącą w dole mieścinę. W trakcie jazdy rozmawiamy, mówi mi, że prognozy zapowiadają na jutro mgłę i deszcz, że prowadzi Bed&Breakfast w Lysebotn i pyta czy spotkaliśmy Toma Cruise na Preikestolen bo ponoć tam kręci jakiś nowy film. Cóż… nie widzieliśmy go tam 🙂

Po chwili dojeżdżamy na parking, restauracja jest oczywiście nieczynna, oprócz nas nie ma tutaj nikogo. Nie pada deszcz ale jest mgła, widoczność ograniczona do kilkunastu metrów. Żegnamy się z naszym wybawicielem i idziemy szukać miejsca na nocleg. Od razu w oko wpada nam balkon restauracji, na którym sprawnie rozbijamy nasze namioty. Bierzemy butelki i z Piotrkiem idziemy po wodę do pobliskiego strumienia. Robimy i jemy kolację. Ustalamy, że rano, w zależności od pogody, pójdziemy na Kjerag albo wrócimy do Lysebotn na prom. Siedzimy jeszcze chwilę po czym udajemy się na spoczynek.

Dzień 5 – odwrót

Wstaję wyspany, w namiocie mam 4°C na plusie – cieplutko! W nocy cały czas byliśmy w chmurze tak, że mimo braku opadów namiot jest całkowicie mokry. Szlak w stronę Kjerag znika we mgle. Z miejsca, w którym jesteśmy widać, że wspina się on stromo na skałę, zakręca i znika, widać jeszcze jakieś fragmenty łańcucha, nie ma drzew. Decydujemy się nie ryzykować takiej trasy (i tak by nie było widoków) i wrócić do portu i złapać prom do Lauvvik i tam poszukać miejsca na kolejny nocleg. Standardowa procedura – śniadanie, zwijanie gratów i ruszamy pieszo tą samą drogą, którą wczoraj jechaliśmy autem.

Trochę żałujemy, że nie poszliśmy na szczyt ale za to mamy dobry powód żeby tutaj kiedyś wrócić 🙂 Idziemy żwawym krokiem krętą drogą podziwiając widoki. Robię tutaj sporo zdjęć. Mniej więcej w połowie drogi trafiamy na mały parking a tuż obok na wodospad.

Docieramy do wykutego w skale, kilometrowej długości tunelu. Szło się nim całkiem przyjemnie, czułem się jak w kopalni.

Idąc przez osadę widzieliśmy w górze balkon restauracji, na którym spaliśmy. Niedługo potem dotarliśmy do portu.

Do najbliższego promu mieliśmy jeszcze ponad dwie godziny tak więc ten czas postanowiliśmy wykorzystać na przyrządzenie obiadu i odpoczynek. Chłopacy zostali na ławce przy porcie a ja wziąłem butelki i poszedłem poszukać wody. W Lysebotn nie ma sklepu, schronisko turystyczne było nieczynne, kawałek dalej zobaczyłem szyld „Olavs Pub” a z komina leciał dym. Wszedłem przywitałem się, poprosiłem o napełnienie butelek. Zapytałem czy możemy tutaj z kolegami poczekać na prom, miły gospodarz powiedział, że lokal jest nieczynny ale w porcie jest poczekalnia. Na koniec zapytał jeszcze czy widziałem Toma Cruisa na Preikestolen, to chyba jakiś ważny dla Norwegów aktor 🙂 Wróciłem do chłopaków i razem poszliśmy do poczekalni. Mały drewniany budyneczek tuż obok terminala promowego. W środku luksus! Ławki, stół, toaleta i ogrzewanie! Normalnie pałac 🙂 W ruch poszły palniki. Piszę palniki a nie palnik bo wszystkie działały, okazało się, że albo nasze hiper-ultra-lekkie mejd of tajten palniki mają krótszy bolec (ten który otwiera zawór w butli z gazem) albo kupiony w Norwegii gaz ma minimalnie innej wysokości gwint i wystarczy mocno dokręcić palnik żeby działał. Ale to nie zmieniało faktu, że w trakcie gotowania na palniku, kiedy butla robiła się zimna, płomień gasł. Wtedy trzeba było dokręcić palnik i ponownie odpalić. Najedzeni i napojeni czekaliśmy na prom.

Kiedy przez okno naszego schronienia zobaczyłem, że prom nadpływa, zebraliśmy ekwipunek i ruszyliśmy do portu. Po drodze spotkałem poznanego wczoraj Norwega, tego samego, który podwiózł nas na parking. Na pokładzie kupiliśmy bilety, stąd do Lauvvik wyszło jakoś 120NOK. Usadowieni wygodnie z kawą w ręce wypłynęliśmy z portu.

Preikestolen widziany z pokładu promu
Ostatni rzut oka na Preikestolen (widziany z pokładu promu)

 

Nie pamiętam ile czasu płynęliśmy bo trochę przysypiałem. W porcie w Lauvvik była poczekalnia, w której rozważaliśmy zostanie na noc. Jednak po chwili, kiedy przez poczekalnie przewinęło się trochę ludzi, stwierdziliśmy, że to nie jest dobre miejsce. Poszedłem z Łukaszem na dwa pobliskie parkingi żeby zobaczyć czy tam będzie lepiej i nawet znaleźliśmy w miarę dobre miejsce. Wróciliśmy do poczekalni, Piotrek powiedział, że na Warmshower.org (wspólnota rowerzystów pomagających sobie nawzajem np. umożliwiając u siebie nocleg czy skorzystanie z prysznica) znalazł hosta w mieście oddalonym zaledwie o 30km od nas. Nasz poliglota Łukasz zadzwonił, powiedział, że wędrujemy po górach i szukamy noclegu na dziś. Mężczyzna po drugiej stronie powiedział, że musi się w tej sprawie skonsultować z partnerką i żebyśmy oddzwonili za 45 minut. No to czekamy. Pięć minut później dostałem smsa „oddzwoń, możecie przyjechać”. To była wiadomość dnia! Łukasz dzwoni, umawiamy się na przystanku autobusowym w mieście. Po kilkunastu minutach wsiadamy do autobusu jadącego do Sandnes. Znowu pytam kierowcę „hał macz for a tiket” na co on, słysząc jak rozmawiamy między sobą, mówi „trzeba było tak od razu” 🙂 Drugi Polak kierowca. Bilet, tak jak wszystkie poprzednie bilety autobusowe kosztował 55NOK. Rozmawiamy z kierowcą o życiu w Norwegii i o naszej wyprawie i o tym czy spotkaliśmy Toma Cruise…

Po około trzydziestu minutach wysiadamy na umówionym przystanku. Tam podjeżdża po nas samochód i tak poznajemy naszego gospodarza Hallgeira. Kilka minut później wysiadamy pod jego domem i poznajemy jego partnerkę Agnieszkę. Przedstawiamy się i Agnieszka prowadzi nas do pokoju, w którym rozgościmy się na tę noc. Z okna pokoju mamy fantastyczną panoramę na nocne Sandnes.

Szybko bierzemy prysznic, przebieramy się w mniej śmierdzące ubrania i schodzimy do kuchni na kolację. Kiedy tutaj jechaliśmy to mieliśmy obawy jak to będzie jak do domu zwali się trzech brudnych facetów po kilkudniowej wędrówce, w lekko nieświeżych ciuchach i zdejmie przemoczone buty ze śmierdzących stóp 🙂 Na szczęście nie zrobiliśmy złego wrażenia, nie zaskoczyliśmy ich chyba zbytnio bo po krótkiej rozmowie okazało się, że trafiliśmy do domu podróżników, którym górskie wyprawy, sakwiarstwo czy MTB nie jest obce. Do kolacji popijaliśmy rozgrzewającą korzenno-ziołową herbatę przyrządzoną przez Agnieszkę. Czas szybko leciał na rozmowach o nas, o Norwegii ale najwięcej o podróżach. Nie wiem kiedy zleciały prawie trzy godziny, po których poszliśmy spać do pokoju. Ta noc zdecydowanie była najlepiej przespaną na tej wyprawie – położyłem się wieczorem i wstałem rano bez żadnej pobudki w nocy.

Dzień 6 – Idziemy na Lifjell

Wstajemy rano i chcemy ruszać dalej w góry ale przy śniadaniu znowu przegadaliśmy ciekawe tematy i zleciały nam na tym dwie godziny. Nasi gospodarze pokazali nam na mapie ciekawy rejon blisko nich, zdecydowaliśmy się tam ruszyć na kolejne dwa dni. Najedzeni, wyspani, wykąpani i w wysuszonych butach wymieniamy się kontaktami i żegnamy się z Agnieszką. Hallgeir był tak miły, że nie tylko zabrał nas autem do sklepu po kilka smakołyków na dalszą drogę ale też zawiózł nas na początek szlaku, który zaczynał się przy nieczynnym już szpitalu psychiatrycznym w Dale. Dziękujemy za pomoc i gościnność, żegnamy się z Hallgeirem i ruszamy w las szlakiem na Lifjellet – jeden ze szczytów w tej okolicy.

Szlak prowadzi szeroką ścieżką przez las, mijamy zatokę Dalsvagen i ruszamy pod górę, znowu po sporych kamieniach i gołej skale. W przeciwieństwie do ostatnich dni spotykamy tutaj całkiem sporo ludzi – turystów i biegaczy.

Okolica jest piękna, znacznie różni się od tego co widzieliśmy przez ostatnie dni no i nie pada deszcz!

Fragment łańcucha na szlaku

 

Idziemy lasem, potem na otwartej przestrzeni, przez ciekawy, urozmaicony teren. Ścieżka kluczy między kamieniami, omijając strumienie i podmokły teren.

Spokojnym tempem docieramy do szczytu, z którego roztacza się widok na okoliczne góry, zatokę i miasta Sandness i Stavanger.

Na szczycie, obok jakiegoś budynku robimy przerwę na herbatę i coś do jedzenia. Na mapie wypatrujemy „plażę”. Po krótkiej rozmowie ustalamy, że pójdziemy tam zobaczyć czy nadaje się na spędzenie noclegu. Na miejscu okazuje się, że plaża do jedyny w okolicy kawałek ziemi nie pokryty kamieniami a piaskiem. Niestety był mocno eksponowany i zaśmiecony. Poszliśmy dalej w stronę widocznych drzew. Za sporą skałą znaleźliśmy dobrze zapowiadające się, płaskie miejsce. Rozbiliśmy namioty a ja poszedłem poszukać strumienia. Zaczął padać deszcz. Wody nie było (dziwne jak na Norwegię) ale za to znalazłem dużo lepsze miejsce pod namioty – na skraju lasu, pod drzewami tak, że deszcz nie był tak dokuczliwy. Sprawnie przenieśliśmy nasze namioty na nowe miejsce, Piotrek zaczął rozpalać ognisko a ja wziąłem butelki i poszedłem w stronę pobliskiego domu w nadziei, że ktoś tam będzie i poratuje nas wodą. Przez podmokły teren, trochę po skałach, trochę po bagnisku dotarłem do domu, w którym na moje szczęście byli gospodarze. Zapytałem o wodę na co gospodarz wskazał mi kran na zewnątrz. Napełniłem butelki, dostałem jeszcze jedną, podziękowałem i ruszyłem do obozu.

Przy ognisku
Przy ognisku

 

Ogień już płonął, zaczęło się ściemniać, trochę kapał deszcz. Zjedliśmy kolację a po niej wręczyliśmy Łukaszowi urodzinową kartkę z życzeniami. Nie było tortu ale za to zajadaliśmy się jakimiś ciastkami i czipsami. Do tego nad pobliskim miastem rozbłysnęły sztuczne ognie, śmialiśmy się, że to my je załatwiliśmy na urodziny Łukasza. Zrobiłem nam pamiątkowe zdjęcie przy ognisku, pogadaliśmy jeszcze trochę i poszliśmy spać.

Dzień 7 – Dotrzeć do lotniska

Wstajemy dosyć wcześnie rano. Namioty były rozbite na ścieżce dlatego szybko je zwijamy co okazuje się dobrym pomysłem bo po chwili przebiega tędy biegacz a po nim kilku kolejnych. Kawa, śniadanie i ruszamy w stronę miejscowości Li.

Tradycyjnie jak to u mnie bywa kiedy wyprawa zbliża się ku końcowi to pogoda się poprawia. Dzisiaj jest czyste niebieskie niebo i nawet świeci słońce. Idziemy początkowo przez podmokłą łąkę, potem przechodzimy komuś przez podwórko żeby w końcu trafić na asfaltową drogę. Podążając nią trafiamy na przystanek autobusowy, niestety z tej mieściny w niedzielę nic nie jeździ. Niebo pociemniało momentalnie i zaczął padać grad, który zamienił się w deszcz. Ustalamy, że pójdziemy asfaltem w stronę kolejnego miasta, z którego powinniśmy złapać autobus na lotnisko. Idziemy w sporych odstępach od siebie tak żeby zwiększyć swoje szanse na złapanie autostopu. Szedłem ostatni, po jakimś czasie wyprzedziłem Łukasza, który przebierał się na poboczu. Idę dalej, odwracam się do tyłu i widzę jak Łukaszowi udało się złapać stopa, widzę jak wrzuca plecak do bagażnika i rusza. Myślę sobie, że to dobrze, że zostałem jeszcze ja i Piotrek i spotkamy się, tak jak ustalone, w Stavanger na przystanku autobusowym. Samochód z Łukaszem mija mnie i znika za wzniesieniem. Kiedy jestem u góry widzę, że auto stoi kawałek dalej a jakaś Pani macha do mnie żebym się pośpieszył. Nie musi mnie do tego namawiać. Kiedy dochodzę do auta Pani jest w trakcie przekładania jakichś skrzynek i innych rzeczy tak żeby mi zrobić miejsce na fotelu, auto jest pełne bagaży. Przedstawiam się i wsiadam, ruszamy dalej. Rozmawiam z nią i kiedy zauważyłem przed nami Piotrka poprosiłem żeby się przy nim zatrzymać bo chciałem mu powiedzieć, że ja i Łukasz jedziemy na dworzec i tam się spotkamy. Pani powiedziała „nie ma mowy, nie mogę tego zrobić”… myślę sobie trudno… dziwne zachowanie… po czym pani dodaje „nie mogę tego zrobić, nie mogę go tak zostawić” 🙂 Zatrzymujemy się przy Piotrku i znowu zaczyna się przekładanie wszystkich rzeczy w aucie. Wydawało się, że już nic więcej się tutaj nie zmieści a jednak. Ja siedziałem z przodu z plecakiem i jakimiś skrzynkami na kolanach, z tyłu siedział Łukasz z plecakiem a Piotrek trzymał na kolanach psa naszej nowej znajomej. Jak widać jak się chce to się da!

Droga mija nam na filozoficznych rozmowach o drzewach, górach, cieszeniu się prostymi rzeczami, sztuce. Pani opowiada nam m.in. o swoich podróżach w młodości i o swojej wizycie w Polsce i o tym jak była zachwycona polskim weselem, na którym miała okazję być gościem. Ona też pyta mnie czy spotkałem Toma Cruisa na Preikestolen… to chyba faktycznie jest ważny dla Norwegów aktor 🙂 Nadrabiając sporo drogi pani podwozi nas pod sam dworzec autobusowy a na pożegnanie dostajemy od niej pudełko batonów.

Autobus na lotnisko odjeżdża co 30 minut, jest dosyć wcześnie tak, że spędzamy jeszcze chwilę w pewnej sieciówce popijając kawę. Na przystanku rozmawiamy chwilę z Polskim małżeństwem. Autobusem docieramy na lotnisko, tankujemy tam wodę i ruszamy w stronę plaży na brzegu Morza Północnego w celu znalezienia miejsca na ostatni nocleg. Przeszliśmy około 5km od lotniska do lasu, po drodze oglądając plażę i bunkier prawdopodobnie z II Wojny Światowej. Las był na brzegu morza, dosyć mocno tam wiał wiatr, długo szukaliśmy odpowiedniego miejsca pod namioty. Niespodzianka! Zaczęło padać. Schowaliśmy się przed deszczem w szopie wyładowanej pod sufit drewnem. Było tutaj dosyć miejsca żebyśmy rozbili namioty i tak postanowiliśmy zrobić. Łukasz przeszedł się jeszcze po okolicy i wrócił z informacją, że znalazł obok lepszą szopę, ze stolikiem i ławkami. Długo nas nie musiał namawiać.

W szopie trochę zamiatamy podłogę, rozstawiamy namioty, gotujemy kolację i idziemy spać. W nocy budzi mnie jakiś szelest, patrzę pod leżącą obok drewnianą paletę a tam mysz wcina batona, którego porwała Piotrkowi 🙂

Dzień 8 – To już koniec

Noc była spokojna, nawet się wyspałem. Wygrzebałem się ze śpiwora, zrobiłem kawę i śniadanie, spakowałem rzeczy. Z Łukaszem wypaliliśmy do końca gaz tak żeby do śmieci wyrzucić opróżnioną butlę. Zakładamy plecaki i ruszamy na lotnisko. Po drodze przechodzę sobie kawałek po wydmie podziwiając wybrzeże Morza Północnego.

Na lotnisku streczujemy nasze plecaki i nadajemy je. Idziemy do security check. Już po odprawie w sklepie na lotnisku szukamy pamiątkowych magnesów na lodówkę – przywożę takie z różnych wypraw. W pewnym momencie słyszę jak przez głośniki zostałem wywołany z imienia i nazwiska i poproszony o zgłoszenie się do punktu odpraw… zastanawiam się o co chodzi. Okazało się, że Piotrek spakował do plecaka butlę z gazem… wyciągam ją i wyrzucam, ponownie pakuję i nadaję plecak. Wracam na security check, przechodzę go i … zostałem poproszony przez ochronę na bok. Miła Pani z ochrony poprosiła żebym pokazał dłonie, przejechała po nich, po ubraniu i pasku od spodni jakimś wacikiem. Zapytałem co robi? Odpowiedziała mi, że to test na obecność śladów ładunków wybuchowych… Po chwili już w komplecie śmialiśmy się z tego motywu 🙂

Tradycyjnie w momencie odlotu świeciło słońce i była piękna pogoda. Bez problemów wystartowaliśmy w stronę naszego kraju a nasz wyprawa dobiegła końca.

Podsumowanie

I tak oto w skrócie wyglądała nasza norweska przygoda. Było super, dużo się działo, poznaliśmy ciekawych ludzi, poznaliśmy bliżej siebie, zobaczyliśmy ciekawy kawałek Norwegii.

Dziękuję moim kompanom Łukaszowi i Piotrkowi za towarzystwo i wspólną przygodę.

Dziękuję ludziom, dzięki którym ta wyprawa miała taki a nie inny kształt:

  • Agnieszce i Hallgeirowi za gościnność i długie rozmowy
  • tacie Łukasza za bezpieczny transport na i z lotniska
  • Marcinowi z bushcraftowy.pl za żywnościowe wsparcie wyprawy
  • no i oczywiście mojej żonie bez której nic by z tej wyprawy nie wyszło 🙂

A dokąd polecę na następną wyprawę? Chyba gdzieś gdzie dla odmiany jest ciepło i sucho 😛

Skomentuj

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.