Autostopem po dzikiej Rumunii

wpis w: Autostop, Nocleg, Wyprawy, Zdjęcia | 0

Autostopem po dzikiej Rumunii

Naszą podróż autostopem po dzikiej Rumunii zaczęliśmy od jej północnej strony. Jak już wspominałem w poprzednim wpisie, północna część Rumunii rzeczywiście jest dzika. Co jest spowodowane tym, iż w dużej mierze jest to górzysta część kraju (występuje tu pasmo Karpat). Nie ma tutaj jakichś wielkich miast, a mówiąc o dzikości mam tutaj na myśli dzikość jakiej szukają ludzie jadący w Bieszczady czy na Mazury. Moim pierwotnym planem było dostanie się nad Morze Czarne ale dzięki uporowi oraz przygotowaniu Gosi z zakresu „atrakcji Rumunii” a w szczególności kompleksu cerkwi (wpisanego na listę UNESCO) udaje się nam uświadczyć rumuńskiej życzliwości oraz wielu przygód. Dzięki Gosia!

Wesoły Cmentarz

Miejscowość Sapanta na północy kraju była pierwszą miejscowością, do której zamierzaliśmy się dostać. To tutaj znajduje znajduje się „Wesoły cmentarz”, w którym to zamiast tradycyjnych nagrobków znajdują się drewniane, malowane płaskorzeźby przedstawiające sceny z życia ludzi, którzy zostali tu pochowani.

Natalia i Ewelina, które mieliśmy wraz z Gosią okazję poznać na polu namiotowym dzień wcześniej, powiedziały nam o nieoficjalnym „Wesołym cmentarzu”. W tym miejscu nadal odbywają się pochówki, a wstęp na niego jest bezpłatny. Od dziewcząt dowiadujemy się również o wodospadzie, przy którym planowaliśmy spotkać się wieczorem, aby tam wspólnie obozować.

 Drugi oficjalny cmentarz znajduje się przy cerkwi ale jest mniej urokliwy. Tutaj znajduje się większość tych niezwykłych nagrobków oraz niezwykła cerkiew.

Cerkiew przy cmentarzu pomimo iż jest w remoncie nadal robi wrażenie.

Rumuński folklor

Po zachwyceniu się pierwszą z planowanych atrakcji oraz zakupie pamiątek z tego niezwykłego cmentarza, ruszamy w dalszą trasę. Idąc drogą przez wieś udaje nam się złapać stopa w stronę miejscowości, w której znajduje się kolejna drewniana cerkiew.

Po drodze mamy okazję podziwiać drewniane domy i zabudowania. Chochoły oraz pasące się wszędzie owce czy kozy stanowią nieodłączny element Rumuńskiej wsi.

Drewniane bramy w Rumunii są symbolem statusu społecznego, znaczy kto ma większą (większego 😉 )ten bogatszy. Poniżej brama wjazdowa do agroturystyki, której właścicielem jest kierowca, który nas tu podrzucił.

Barsana

Dalej ruszamy w kierunku miejscowości Barsana, w której znajduje się nowoczesny monastyr (prawosławny klasztor). Klasztor tylko z wyglądu jest stary, a tak naprawdę został wybudowany w 1994 roku.

Od pary, która nas wiezie autostopem dowiadujemy się, że w tej miejscowości znajduje się również bardzo stara, drewniana cerkiew oraz pole namiotowe, z miłą obsługą, za które płaci się według uznania.

Stara zabytkowa cerkiew staje się naszym priorytetowym punktem do zwiedzania na ten dzień. Mamy ogromny problem żeby tam trafić, bo każdy zapytany człowiek kieruje nas do nowej cerkwi, w której odbywają się aktualne msze. Tymczasem słońce jest coraz niżej. Postanawiamy więc znaleźć w pierwszej kolejności pole namiotowe, o którym wcześniej usłyszeliśmy.

Udaje nam się złapać na stopa mężczyznę, który jakimś dziwnym trafem jedzie właśnie na to pole namiotowe. Kiedy tam docieramy, okazuje się że, para, która wcześniej nas wiozła też tutaj nocuje. Wieczór spędzony z nimi okazał się wspaniały. Mogliśmy się w spokoju napić piwa, porozmawiać i dowiedzieć się czegoś o sobie. Okazuje się, że on pochodzi z Francji, a ona z Portugalii i razem podróżują po świecie. Specjalnie dla nich roznieciłem ognisko za pomocą łuku ogniowego, czym byli mocno zachwyceni.

Piękny wschód słońca w Rumuńskiej wsi

Pole namiotowe położone jest w bardzo malowniczej, wiejskiej okolicy, specjalnie wstaję bladym świtem, aby móc uchwycić te wspaniałe widoki.

Wschód słońca w Rumuńskiej wsi
Wschód słońca w Rumuńskiej wsi

Wschód słońca w Rumuńskiej wsi

Wschód słońca w Rumuńskiej wsi

Następnie wybraliśmy się z Gosią na spacer po wiosce, aby zachwycać się pięknem wsi o poranku.

 

Po spakowaniu swoich manatków oraz wypiciu kawy, którą zaserwowali nam gospodarze ruszamy w dalszą trasę. To miejsce jest jak najbardziej godne polecenia.

Wiekowa cerkiew

Para, z którą spędziliśmy ostatni wieczór, podwiozła nas pod cerkiew, do której wczoraj tak usilnie próbowaliśmy dotrzeć. Kiedy wchodzimy na teren cerkwi, okazuje się, że jest ona zamknięta a my musimy poczekać godzinę na jej otwarcie. W międzyczasie zjadamy skromne śniadanie. Niestety po godzinie nikt nie przychodzi więc Gosia postanawia zadzwonić, pod numer który znajduje się na cerkwi. Po chwili przychodzi młody chłopak, który wpuszcza nas do środka. Niestety ze względu na jej wiek (została zbudowana w roku 1720), nie możemy robić zdjęć wspaniałych malowideł naściennych w jej wnętrzu. Cerkiew ta nosi nazwę Ofiarowania Maryi w Świątyni.

Kiedy idziemy sobie poboczem przejeżdża samochód z Polską rejestracją, więc odruchowo krzyczę ”cześć” po chwili samochód staje. Okazuje się, że para Polaków, jadąca tym samochodem akurat jedzie w kierunku wodospadu Cascada Cailor, do którego my także planujemy dotrzeć.

W trakcie jazdy z Polakami studiujemy na szybko słownik Rumuński z przewodnika po Rumuni.

Wodospad Cascada Calior

Docieramy za miejscowość Borsa i żegnamy się z Polakami. Niestety część szlaku czerwonych trójkątów, który wiedzie ku wodospadowi pokrywa się z drogą asfaltową. Postanawiam, że tą część szlaku zrobimy autostopem. Po chwili udaje nam się zatrzymać dość nietypowy pojazd (który tutaj jest bardzo powszechny).

Nasi wspaniali kierowcy podwożą nas spory kawałek, chociaż momentami miałem wrażenie, że konie nie dają rady pod górę.

Po około godzinie marszu pod górę docieramy do pięknej doliny rodem z Władcy Pierścieni.

Idąc dalej słyszymy odgłos wodospadu, a także dostrzegamy Ewelinę i Natalię wraz z nowymi (czworonożnymi) towarzyszami. Okazuje się, że one także dotarły tu tego samego dnia co my. Okazuje się również, że znalazły one kolejny tani nocleg w pięknym miejscu, a konkretnie na przełęczy Prislop, w schronisku. Postanawiamy pójść tam z nimi oraz naszymi czworonożnymi towarzyszami. Wpierw jednak musieliśmy coś przekąsić oraz zrobić zdjęcia.

Przełęcz Prislop

Ruszamy w stronę schroniska na Przełęczy Prislop. Po drodze mamy okazję podziwiać odległe szczyty oraz połoniny, na których pasą się owce.

Po kilku godzinach marszu naszym oczom ukazuje się malownicza przełęcz a na jej środku klasztor. Zaraz za klasztorem znajduje się schronisko, do którego zmierzamy.

Wcześniej jednak postanawiamy spróbować czegoś u babuszki, która tu sprzedaje lokalne specjalności. Wszyscy zaopatrujemy się w smaczne wypieki, jakby racuszki/pączki (w każdym razie ciasto smażone w tłuszczu) z bryndzą, dżemem, lub czekoladą. Ja postanawiam kupić lokalny miód. Babuszka poczęstowała nas również rumuńskim trunkiem czyli palinką, która jest po prostu bimbrem na bazie owoców – w tym przypadku ze śliwek. Następnie ruszamy w stronę schroniska, gdzie jak co dzień ja rozkładam swój hamak a Gosia namiot.

Przed zachodem słońca udaje mi się strzelić jeszcze kilka zdjęć.

Polacy nie tacy straszni

Kiedy przygotowaliśmy już sobie daszki nad głowami oraz wykąpaliśmy się, postanawiamy zjeść kolacje i napić się piwka w schronisku. Pani, która obsługuje tutejsze schronisko, okazuje się mieć słabość do Polaków. Polaków bywa tutaj bardzo wielu czego dowodem są nalepki oraz butelki po polskich piwach za barem.

Po pysznej kolacji, za którą zapłaciliśmy śmieszne pieniądze, wdajemy się w długą rozmowę z naszą gospodynią (niestety mam słabą pamięć do imion). Kobieta opowiada nam o swoim życiu, przyjeżdżających do niej od lat Polakach oraz o tym, że polskie kobiety są twarde i silne.

Dzień monastyrów oraz niezwykle serdecznych ludzi

Pomimo tego iż tego dnia zaczynamy łapać stopa o 9 rano, to dopiero po 12 udaje nam się złapać pierwszy samochód, pocieszeniem jest to iż jedzie nim Polskie małżeństwo. Z naszymi kierowcami udaje nam się dojechać do Monastyru Moldovita, ale wcześniej udaje nam się zobaczyć pomnik Polskich legionistów,walczących w tych rejonach ponad 100 lat temu (więcej o historii Polskich Legionistów walczących w Karpatach znajdziecie pod linkiem: Prislop czyli wycieczka w przeszłość).

Pierwszy monastyr jaki udaje mi się zobaczyć robi na mnie wrażenie, chociaż przez to, że nie można wejść na jego mury ani do baszt, czuję ogromny niedosyt. Moim zdaniem tak wspaniała fortyfikacja powinna być udostępniona zwiedzającym.

Nie tędy droga…

Następnie dość szybko łapiemy stopa do miejscowości Sucevita, w której znajduje się monastyr, który właściwie wygląda bardzo podobnie jak inne monastyry w tym rejonie. Czyli cerkiew z malowidłami na ścianach otoczona murem, wśród których znajdują się budynki gospodarcze.

Stąd też łapiemy stopa w kierunku polskich wiosek, które mają być naszym kolejnym celem podróży. Ale kiedy docieramy do rozwidlenia dróg okazuje się, że prowadzi tam jedynie szutrowa droga przez las, która w pewnym momencie zamienia się w ścieżkę nie do przebycia samochodem. Do zmroku pozostaje nam kilka godzin, więc kierowca, który nas wiezie nie chce nas wypuścić i próbuje nam wytłumaczyć (mówi po rumuńsku rzecz jasna), że nasz plan nie ma sensu bo utkniemy w lesie po zmroku. Nasz kierowca okazuje się tak wspaniały, że podwozi nas specjalnie ponad 50 km (czyli robi dla nas ponad 100km!) do miejscowości Veronet tłumacząc się tym, że jest już piątek, zbliża się zmrok a on i tak wraca do domu i nie mógłby nas tak zostawić. Kiedy docieramy na miejsce nie chce nawet od nas prezentu w postaci wódki Soplicy malinowej, ale jakoś udaje się nam ją mu wcisnąć.

Veronet

Z Veronet mamy już naprawdę blisko do polskich wiosek, a poza tym tutaj jest kolejny z monastyrów, który postanawiamy zwiedzić. Po zwiedzeniu monastyru w Veronet udajemy się w stronę rzeki, gdzie jesteśmy umówieni znaleźć na obóz. W lokalnym sklepie kupujemy nie wiele, ze względu na abstrakcyjne ceny. Idąc dalej zbieramy jabłka i w pewnym momencie zaczepia nas staruszek, siedzący na ławce (siedzenie na ławkach przed domem/płotem to nieodłączny element każdej rumuńskiej wioski), który prosi żebyśmy usiedli obok i bardzo che z nami porozmawiać, ale nie znając rumuńskiego, nie rozumiemy zbyt wiele. Następnie pozwala nam abyśmy nazrywali sobie jabłek z jego jabłoni.

Na kolację będą ryby

Docieramy nad rzekę, gdzie szukając miejsca na obóz dostrzegam pana, który łowi ryby. Pytam go czy nie sprzedałby mi kilku ryb, a on wyciąga z siatki 8 karasi i wręcza mi je, kiedy chcę mu dać pieniądze ten odmawia, więc pozostaje mi tylko podziękować. Po chwili znajdujemy miejsce na obóz, tuż przy rzece, w międzyczasie dołączają do nas dziewczyny.

Kiedy kobiety zajmują się rozbijaniem swoich namiotów, ja idę wypatroszyć i przyrządzić ryby. Kiedy ognisko już płonie, piekę otrzymane ryby w folii aluminiowej z dodatkiem sera topionego oraz przypraw (Ewelina, tak upiekłem je dzięki twojej folii 😉 ).

Niezwykle przyjemnie jest znowu posiedzieć przy ognisku, mając piwo w ręku i delektując się smakiem pieczonych w ogniu potraw. Pomimo tego, że w pobliżu jest wesele i muzyka gra bardzo głośno udaje mi się zasnąć.

Rumunia, jest krajem gdzie ludzie muszą być samowystarczalni. Co wiąże się z tym, że wiele rodzin posiada własne gospodarstwo. Zatem obraz bryczek oraz bydła poruszającego się w środku miasta czy na ulicy nie robi na nikim wrażenia (chyba że na turystach).

Tym wywodem kończę kolejną część naszej autostopowej podróży po Rumunii. W następnej części opowiem wam o naszych przygodach w Polskich wioskach w Rumunii. A także o podróży nad Morze Czarne oraz niezwykłej trasy Transfogarskiej. Nie zabraknie oczywiście wspaniałych zdjęć z tych pięknych miejsc.

Skomentuj

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.